Emocje

Miłość

Jako nastolatka wielokrotnie, a właściwie stale dotykałam przekonania “nie umiem kochać” Wszechświat przysyłał mi mnóstwo sytuacji, które to potwierdzały. Prawa przyciągania nie da się oszukać 🙂 Niezadowolenie i frustracja mojej mamy była pierwszym i najsilniejszym potwierdzeniem, drugim potwierdzeniem były moje związki z chłopakami, które kończyły się krótko, po tym jak się zaczęły. A trzecim potwierdzeniem było niezadowolenie i nieustająca krytyka mojego rodzeństwa. To wszytko powodowało, że byłam koktajlem toksycznego wstydu, poczucia winy i totalnego braku miłości do siebie.

Mój wewnętrzny krytyk lub sabotażysta szalał, gadał jak najęty, jaka beznadziejna jestem i ile rzeczy mam w sobie zmienić, żeby w końcu zasłużyć na miłość, która była dla mnie jak raj obiecany, jak wyspa wiecznej szczęśliwości. Ta wizja była tak mglista i odległa, że aż nierealna i nieosiągalna. Dlaczego? Bo brałam całą winę na swoje barki, uważałam, że to, co słyszę o sobie jest prawdą i tylko prawdą. Ktokolwiek by mnie nie skrytykował brałam to do serca i rozdzierałam je jeszcze bardziej. Żyłam w programie “naprawię siebie, żeby zasłużyć na miłość”, a każde moje potknięcie oddalało mnie od celu, od spełnienia. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że może być inaczej, że wina może nie do końca jest tylko po mojej stronie.

 

Pamiętam awantury z mamą, wywołane moimi aktami niezależności tudzież aktami zawalczenia o siebie. To były fale tak potwornych emocji, ja płonęłam od frustracji i braku zgody, to było jak huragan, jak niszczycielska siła, która przechodziła przez moje ciało i burzyła wszystko. Był przeraźliwy krzyk, łzy i wołanie o pomoc. Nie wiedziałam wtedy, że wołałam o pomoc, nie wiedziałam też, dlaczego czuję to, co czuję. Nie potrafiłam znaleźć rozwiązania dla tych powtarzających się rozpaczliwych sytuacji.

Na wtedy, każda z tych kłótni kończyła się tak samo, PRZEPRASZAŁAM, albo wręcz błagam o wybaczenie. Przyduszona obezwładniającym poczuciem winny, że znowu zawiodłam, znowu okazałam się wadliwą beznadziejną i niedoskonałą córką, to był jeden z rodzajów potknięć, które oddalały moją wizję zatopienia się w matczynych ramionach i poczucia miłości bezwarunkowej. Po takich kłótniach pisałam listy, kartki, dawałam prezenty, prezenciki i I played small, grałam słabą, marną istotę, żeby już bardziej nie drażnić mamy, żeby w końcu być bliżej nagrody.

 

Niestety wokół mnie nie było dorosłej osoby, która otwarcie powiedziałaby, że to, co słyszę nie zawsze musi być prawdą, że jestem cudowna i mam wielkie serce. Co najważniejsze, nigdy nie usłyszałam, że mam prawo do swojego zdania. Kiedyś taką osoba był mój tato, kochał mnie bardzo i czułam to, niestety straciłam go bardzo szybko i pozostałam sama.

Podczas jednej z sesji terapeutycznych dotknęłam innego przekonania. Zobaczyłam, że miłość jawi mi się, jako więzienie, jako totalna zależność, totalne oddanie i wyparcie siebie.

Moja mama niczym Królowa Śniegu trzymała mnie przy sobie wabiąc słodyczami, czytaj manipulacją, a ja żyłam w przekonaniu, ze bez tych słodyczy umrę, przestanę istnieć. Słodycze to była ta wizja miłości, która miała nadejść, kiedyś tam, kiedy spełnię listę warunków. Alice Miller oświeciła mnie, któregoś dnia informując, że karmiłam się iluzją nazywa to “magiczne myślenie dziecka”. I tak było, nawet wtedy, gdy dorosłam, wierzyłam, że gdzieś tam na drugim końcu świata czeka na mnie moja wyspa, na której spotkam moją mamę, która mnie bezgranicznie i bezwarunkowo kocha. Ta bajka nie ma takiego zakończenia, ma happy end ale zupełnie inny….

Emocje

Matka

Chcę się podzielić czymś bardzo osobistym wręcz ekshibicjonistycznym, a mianowicie relacją z matką. Urodziłam się w domu gdzie niepodzielnie panowała nacystka, więc musiałam znaleźć strategię przeżycia w tym klimacie. Wymyśliłam sobie strategię, do której tak przylgnęłam, że nie potrafiłam jej zmienić ani jako nastolatka, ani jako dorosła kobieta. Dopiero z przyjściem na świat moich dzieci zaczęłam czuć taką niewygodę i dyskomfort, ze powoli docierałam do punktu “zmiana”.

Moje życie było obarczone lepkim i toksycznym poczuciem winy, które nie opuszczało mnie ani na chwilę. Miałam na sobie piętno złej córki, która jest niedoskonała, niewystarczająca i ciągle narzekająca na matkę. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, byłam bardzo nieszczęśliwa i smutna, krzyczałam na moją mamę ale nie wiedziałam dlaczego, skąd i o co mi chodzi! A ta moja niewiedza była bardzo szybko wykorzystana, dostałam kolejną porcję poczucia winy, że robię awanturę nie wiadomo o co, a moja mama jest tak dobra i mi wybacza. Muszę tylko okazać skruchę podporządkować się i zapomnieć o swojej wizji życia.

Ten scenariusz był czymś stały w moim życiu, praktycznie żadnych zmiennych. Jak tylko próbowałam się uniezależnić, dostawałam porcję dezaprobaty i niezadowolenia, co budziło we mnie ogromną falę frustracji i wściekłości, jednak kiedy spotykałam się z łzami mojej mamy i informacją przecież ja cię kocham i robię to dla twojego dobra, mój akt samoobrony stawał się czymś strasznym, czymś co robi zła córka, niewdzięczna i niedobra. Więc wycofywałam się, chowałam się, zapominałam o sobie i wracałam do spełniania oczekiwań mamy. I tak przez lata….

Od lat wiem, że chcę prowadzić blog ale tak na prawdę nigdy nie wiedziałam o czym mogłabym pisać. Iskrą była moja przyjaciółka, która zderzyła się z siła mojej mamy, poczuła i zrozumiała jak wielkim wysiłkiem dla mnie musi być wyjście z tak toksycznej i trudnej relacji. I pisząc to myślę o córkach, które nie wiedzą jak wyjść, które nie spotkały na swojej drodze anioła, który pokazał im drogę wyjścia, drogę do siebie i wolności.