Emocje

Wybaczenie

W naszym społeczeństwie bardzo wiele uwagi poświęconej jest wybaczaniu.Wybaczenie postrzegane jest jako wyższa perspektywa, a także jako obietnica zakończenia cierpienia. Tak jakby z przebaczeniem ten cały ból miał zniknąć.

Myślę, że wielokrotnie zauważyliście jak trudno jest otoczeniu znieść Wasze cierpienia, jak mówienie o bólu wywołuje dyskomfort w innych. Bardzo często wtedy słyszymy: „Zapomnij”, „Wybacz”, „Zostaw to”.

Niestety tak to nie działa. Ból nie znika poprzez akt wybaczenia. Wybaczenie nie powoduje trwałej i znaczącej zmiany. Wina potrzebuje adresu, do którego się uda i bardzo często dzieje się tak, że skieruje się do naszego wnętrza, jeżeli nie może iść w innym kierunku. A to powoduje zaostrzenie naszego wewnętrznego konfliktu i jeszcze większe potępienie siebie.

Myślę, że warto zapytać skąd pochodzi przebaczenie do którego dążę? Czy to chęć bycia dobrą? Czy może jest to próba zostawienia bólu za sobą? Czy może akceptuję to co się stało?

Uważam, że wybaczenie to nie działanie to coś co ewoluuje w nas, kiedy zostaną spełnione odpowiednie warunki, wtedy, gdy przepracujemy swoje rany. Bez presji czasu i środowiska.

Wybaczenie to puszczenie tego co było i ukształtowanie relacji z tą osobą w takim kształcie jaki daje nam poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Spojrzenie w nasze serce i podjęcie decyzji kim teraz ta osoba dla mnie jest i gdzie jest jej miejsce w moim życiu i sercu. Może to oznaczać wiele – od utrzymania kontaktu do zerwania relacji. Odpuszczenie oznacza, że przeszłam przez złość, ból i rozczarowanie. Wtedy przychodzi potrzeba kolejnego kroku, zaczynamy nowy etap, nowe życie.
Dla mnie odpuszczenie czy przebaczenie przychodzi bardzo wolno i widzimy je, nie jako akt w teraźniejszości, a dostrzegamy je patrząc wstecz.

Myślę, że warto patrzeć na przebaczenie z otwartością i elastycznością, ponieważ jest to bardzo złożony temat.

2018_08_14_Jestem
Emocje

Jestem…

Jestem…. zbierając kawałki siebie po doświadczeniu życia z osobą narcystyczną mamy przed sobą wiele pracy. Ważne, aby zacząć od przejścia żałoby, która przechodzi przez sześć etapów akceptacja/zaprzeczenie/targowanie się/gniew/depresja.

Te etapy przeplatają się i są potrzebne do tego, aby podnieść się i rozpocząć proces separacji/indywiduacji, który prowadzi do odbudowania swojego prawdziwego JA.

Ćwiczeniem, które towarzyszyło mi na tamtym etapie było sporządzenie listy moich zalet i cech. Początkowo było to dla mnie bardzo trudne. Jednak z czasem dopisywałam kolejne rzeczy. Dzisiaj zapraszam Ciebie do tego ćwiczenia. Niezależnie od tego czy wychodzisz z relacji z toksycznym rodzicem czy żoną, mężem, partnerką czy partnerem a może przyjaciółką czy przyjacielem.

Znajdź sobie zaciszne miejsce, w którym będziesz mieć przestrzeń na bycie swobodną/swobodnym – kiedy robiłam to ćwiczenie pierwszy raz płakałam, ponieważ nie potrafiłam wykrztusić z siebie niczego pozytywnego o sobie.

Wykonując to ćwiczenie przyjrzyj się wszelkim negatywnym ocenom jakie wypływają z Twojego wnętrza. Każde takie zdanie jest przestrzenią do przytulenia siebie i dania sobie empatii, zapłakania nad tym jak surowo postrzegasz siebie i jakie wymagania sobie stawiasz jednocześnie nie widząc osiągnięć. Pozwól wtedy działać Twojemu wewnętrznemu rodzicowi, aby roztoczył nad Tobą opiekę.

Mam nadzieję, że to ćwiczenie zainspiruje Was do otoczenia siebie miłością i zrozumieniem <3

Emocje

Rozwód

Wracam dziś do dnia, kiedy stanęłam za swoimi potrzebami w związku, w którym chciałam być szczęśliwa i spełniona. W sercu liczyłam na wspólną przemianę. Był to mój akt odwagi i zarazem desperacji. Byłam zdesperowana, ponieważ dotarłam do niemocy w sobie. Nie mogłam już więcej się starać, teraz ja potrzebowałam silnych ramion, które poniosą mnie i wesprą, dadzą zrozumienie, miłość i bezpieczeństwo.

Jednak ramiona zdecydowały inaczej, zaczęły pakować walizki. Usłyszałam stanowcze NIE na moją propozycję zmiany w dotychczas ustalonym porządku, na wejrzenie w głąb siebie i odnalezienie równowagi, partnerstwa.

Stało się, słowa się wylały, a za nimi było działanie. To, co spłynęło na mnie powaliło mnie na kolana. Czułam się jakbym leżała w kałuży czegoś, co nie pozwalało mi na ruch, umiałam tylko płakać. Żadnych rozwiązań, żadnych nadziei, czułam tylko stratę, porażkę i wstyd. Kilkanaście lat mojego życia straciło sens, cały wysiłek, uczucie, staranie leżało na dnie śmietnika.

Związek, który nie dał mi bezpieczeństwa, ponieważ jak lustro pokazywał mi to, co było w dzieciństwie, odgrywałam ten sam taniec. Potrzebuję Twojej miłości mamo a ty uciekasz, nie ma cię dla mnie, nie widzisz mnie. Jest tylko pustka. Zamiast spojrzeć w siebie odwracałam głowę i goniłam iluzję, goniłam matkę. Tak bardzo nie chciałam cierpieć, ale robiłam wszystko żeby cierpieć. W tej pogoni nie potrafiłam się zatrzymać i znaleźć źródła mojego smutku.

Podczas moich własnych narodzin wahałam się nie chciałam wyjść do świata, bo wiedziałam już, co się wydarzy przeczuwałam, że nie znajdę tam miłości i ciepła. Zawieszona podczas porodu, zawieszona w życiu. Niepotrafiąca podjąć decyzji, w którą stronę iść, najlepsza opcja to pozostać w łonie, zwinięta w kłębek, śpiąca i bezpieczna.

Wszechświat dał mi szansę konfrontacji z tym, czego nie chciałam widzieć. Nie miałam już możliwości powrotu czy ucieczki musiałam spotkać się z tym bólem. Wypróbowałam już wszystkie drogi na skróty, które działały na chwilę. A teraz stałam w tym po pachy, pełna lęku o życie. Myślę, że to, co było w tym cenne to bycie, po prostu czucie tego, co przychodziło, żadnego unikania tylko obecność. Płacz, nienawiść, wściekłość, bezsilność, smutek – karuzela. Wylewało się wiadrami, ja byłam. Czasami budziłam się w nocy przerażona, krzycząca, bliska obłędu – potrzebowałam siebie i swego miękkiego głosu, który rozumie i nie ocenia, który jest.

Zamknęłam się w domu, który dał mi poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego uciekałam przed światem? Ponieważ wstydziłam się siebie. Wstydziłam się tego, że nie jestem grzeczna, że chcę czegoś innego niż mi wpojono, że chcę, tak po prostu być sobą. Dotychczas nie dawałam sobie prawa do mojego sposobu na życie. Myślałam, że ten, który dostałam od mamy i rodziny jest jedynym właściwym. Patrzyłam na kolorowych ludzi z zazdrością i tęsknotą w sercu, byli piękni, ale to nie dla mnie. Mój scenariusz został napisany – miałam być zwykła, grzeczna i standardowa, niełamiąca żadnych norm ogólnie przyjętych. Z podziwem patrzyłam na kobiety robiące karierę, szanujące się i spełniające marzenia -jak mnie to skręcało, wstydziłam się tego, że ja też tak chcę, że chcę biegać nago po łące z wiatrem we włosach, a zamiast tego miałam skrępowane ciało.

Działanie, powiedzenie “nie” temu, co było i otwarcie nowych możliwości nie dało mi wolności, ot tak. Przede mną była nauka akceptacji siebie, pokochania każdej mojej inności od narzuconych mi zasad. To było i jest moim największym życiowym wyzwaniem i jednocześnie kluczem do pełni i radości bycia.

Urodziłam się w rodzinie gdzie fasada jest podstawą bycia i ku zaskoczeniu odkryłam w sobie siłę, aby zburzyć ten mur i odkryć prawdę.

Emocje

Wstyd

Czuję w ciele znany mi dobrze ból, więc siadam do pisania. Słowa są dla mnie ratunkiem, potrafią przekazać to, co woła o uwagę, to terapia. Dzisiaj przyszedł czas na toksyczny wstyd. Każdy, kto żył w cieniu narcystycznego rodzica ma w żyłach wstyd zamiast krwi.

Dlaczego, bo to jedzenie, którym narcysta karmi swoje dziecko, aby siedziało cicho, aby nie budziło jego ran. Każda próba bycia sobą, każde wołanie o uwagę o emocjonalne zaangażowanie, akceptację i miłość jest dorzucone – ponieważ ona nie ma w sobie miłości, którą mogłaby się podzielić. Toksyczny wstyd zaaplikowany w dzieciństwie nie znika, nie odchodzi ot tak, dotkliwie naznacza każdą relację.

W mojej głowie słyszę zdanie: Czego Ty jeszcze ode mnie chcesz?
Mam przestać chcieć, nie wolno mi chcieć. Mam brać to, co matka daje i nie marudzić, nie mieć zastrzeżeń. Uwierzyłam tak głęboko w to zdanie, że właśnie tak postępowałam. To spowodowało, że czułam ogromną pustkę, wieczny głód, bo nawet jak mogłam w życiu decydować o tym, co mogę wziąć, kupić, poprosić – nie robiłam tego. Czekałam na decyzję kogoś innego. Nie wiedziałam, czego tak na prawdę potrzebuje, brałam to, co pod ręką, stąd ta mania kupowania, wrzucałam produkty do koszyka, nieważne, co liczyło się tylko zapełnienie tej cholernej pustki, która boli.

Każde dziecko ma prawo dostać od matki miłość, ciepło emocjonalne, współczucie i akceptacje. Żadne dziecko nie powinno być karane za to, że tego potrzebuje. Nie powinno być obgadywane, wyśmiewane, wyszydzane za to, że potrzebuje miłości. Podstawowym obowiązkiem rodzica jest miłość do powołanego przez siebie do życia dziecka.

Jak się okazało za tak wysoki poziom toksycznego wstydu mogę podziękować nie tylko mamie, ale również i babci, która z założenia miała się mną troskliwie opiekować. Szkoda tylko, że mnie biła nie radząc sobie z moją tęsknotą za miłością i ciekawością małego dziecka. Ona chciała mieć spokój, a ja według niej na złość miałam milion potrzeb. A matka uciekała w pracę, fundując córce to, co sama znała z dzieciństwa. Zamknięte koło nienawiści.

Przez całe życie wiedziałam, że nie jestem kimś wartościowym, wiedziałam, że niczego nie osiągnę, więc nawet się nie starałam, a nawet jak pomimo braku starań coś mi wychodziło to udawałam, że tego nie ma. Tak bardzo nie umiałam zobaczy w tym kłamstwa i manipulacji. Totalny brak poczucia bezpieczeństwa więził mnie w starych przekonaniach odbierając siłę do wyjścia.

Otaczałam się ludźmi, którzy mi to potwierdzali, którzy byli tak samo zamknięci emocjonalnie i niedostępni jak ona. Każde odrzucenie było potwierdzeniem prawdy zaprogramowanej we mnie. Mój wstyd nabierał mocy z każdym odrzuceniem i każdą krytyką.

 

Moje ciało walczy ze sobą przeciąga linę pomiędzy uda jej się czy polegnie, a sędzią jest ona, moja matka. Kogo mam wybrać siebie, czy ją? Jeśli wybiorę siebie oznacza to, że zasługuję na miłość i chcę się nauczyć ją sobie dawać, jeśli wybiorę matkę oznacza to, że moje cierpienie będzie trwać. Niby wiem.

Każdorazowy wybór mojej własnej drogi budzi toksyczny wstyd. Z tyłu głowy pojawia się wątpliwość czy mam do tego prawo, czy wolno mi zaspokoić swoją potrzebę? Wybieram i patrzę w twarz odrzuceniu, słucham jego nienawistnych podszeptów. Robię kolejny krok.

Kiedy tulą mnie kochające ramiona czasami jest mi trudno w nich pozostać, czasami nie umiem przyjąć miłości. Kochający człowiek jest zagadką, którą uczę się rozwiązywać.

Emocje

Tak trudno zobaczyć prawdę

Tak długo i usilnie odpychałam prawdę od siebie. Dorastałam w domu, w którym nie dostałam akceptacji i miłości i udane małżeństwo było dla mnie twierdzą, którą zbudowałam żeby się nie rozsypać. Broniłam jej zaciekle i gorliwie przez 17 lat, to mnóstwo czasu. Jednak przyszedł moment, kiedy moje ciało poddało się, powiedziało NIE, a ja pomimo tego, że nadal chciałam ciągnąć tą iluzję nie umiałam już zmusić się do utrzymywania tego złudzenia.

Jednak nie wiedziałam jednego, że piękny obraz, jaki sprzedał mi narcysta – swoją własną iluzję siebie, trwa we mnie pomimo zakończenia relacji. Jest we mnie wdrukowany i owszem na powierzchni widzę prawdę, ale głęboko w trzewiach wierzę, że to ja jestem niewystarczająca dobra, a on nieskazitelnie czysty. Stało się tak poprzez manipulacje, zaprzeczania, odwracanie “kota ogonem” – praktyki, które znam od dziecka. Dlatego tak wiele czasu zajęło mi przebudzenie się z tego koszmarnego snu i dopuszczenie do głosu mojej prawdy. Aby wyjść z uwikłania w relacji z człowiekiem o osobowości narcystycznej, który za swój najważniejszy cel uznaje utrzymanie nieskazitelnego wizerunku, potrzeba wiele wiary w to, że to, co widzę to prawda. Tak trudno było mi złapać momenty manipulacji, kiedy z płaczem prosiłam o uwagę i miłość, a w efekcie dostawałam informację, że to ja nie kocham i nie troszczę się o niego. Niosąc w sobie przekonanie, że to, kim jestem to za mało, od razu się na to łapałam i wracałam skulona myśląc “nie potrafię kochać”

Myślałam, że zakończenie relacji utnie to, co nas łączyło, ale to był dopiero początek mojej drogi do wolności. Budowałam swoje nowe życie myśląc, że jestem szczęśliwa jednak z czasem pojawiała się frustracja i smutek, ponieważ docierało do mnie, że moje oczy ciągle widzą dobrze znaną idealną postać, moje serce czekało na powrót na cudowne podniesienie kotary, za którą ukarze się idealny świat, w którym jestem szczęśliwa, a mój narcysta nosi mnie na rękach. A w świecie realnym narcysta dawał mi jasno i bez zawahania znaki, że moje ciało miało rację, OBUDŹ się!

Nie potrafiłam zobaczyć tego, kim jest na prawdę. Nie widziałam w nim normalnego człowieka z krwi i kości z wadami i zaletami. Utrzymywałam boski obraz mężczyzny i działało to nie tylko we mnie, ale i dla innych, ochraniałam i siebie i jego. To dziecinny odruch. Będąc dzieckiem chcemy widzieć świat bajkowo, chcemy wierzyć, że jest tylko białe, a wszyscy są dobrzy.

I doszłam do ściany. Uderzyłam w nią goniąc za iluzją. Poczułam, że nie zniosę już ani sekundy, bycia dobrą dla kogoś, kto mnie traktuje bez szacunku, kto mnie pomija i sączy jad w białych rękawiczkach. Kto pokazuje piękną twarz światu, a dla mnie ma wykrzywiony grymas i sarkazm.

Pogrzeb się odbył. Pochowałam swoją dziecięcą wiarę, że będąc dobrą inni też tacy będą. Przestałam wierzyć, że pokorne ciele wygrywa i jest szczęśliwe po grób. NIE. Pokorne kobiety cierpią, są nieszczęśliwe i dostają ochłapy, resztki, których nikt inny nie chciał.

A przecież ja chcę spełniać marzenia. Chcę oddychać pełną piersią i decydować o tym gdzie i z kim zjem dziś śniadanie. Aby tak się stało trzeba czasami pokazać zęby i warczeć, jeżeli ktoś chce nas skrzywdzić. Nie każdemu i nie od razu trzeba pokazać miękki i ciepły brzuch, pełen miłości, akceptacji i miękkości.
Dbajcie o siebie. Z miłością ❤