Nadszedł czas, dzielenia się z innymi.

Obudziłam w sobie nauczyciela, intuicję, która rozpoznaje programy z dzieciństwa i pomaga w odnalezieniu prawdy, o nas samych.

Dzięki pracy ze mną rozpoznasz swoje programowanie z dzieciństwa. Zdobędziesz umiejętności, które pozwolą Ci na wsparcie siebie podczas procesu opłakiwania bólu. Otworzysz się, aby uwolnić wyparte emocje. Nawiążesz kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem i ugruntujesz zdrową, pełną troski i akceptacji relację ze sobą. Odkryjesz swój potencjał.

Zapraszam

Na co masz ochotę?

Grudzień 2016

Jestem z tym wpisem już kilka dobrych miesięcy i nie wiem, jak to ująć w słowa. Jak pokazać zależność, w którą weszłam i którą pielęgnowałam łudząc się, że to miłość. Najtrudniej było mi, kiedy dotarło do mnie, że dla mnie nie warto zmieniać. Wtedy poczułam jak bardzo oszukałam siebie, bo przez całe moje życie zmieniałam się dla tych, których kochałam. Podejmowałam tyle karkołomnych zabiegów, wyczynów, aby oni dobrze się czuli. A kiedy zmieniłam dynamikę i poprosiłam o zmianę zachowania i traktowania mnie – odeszli i pozostawili bolesną pustkę. Nagle okazało się, że publikacje na temat osobowości narcystycznej są prawdziwe. Nie mogłam już udawać, że jest to zbyt surowa ocena i nie musi dotyczyć osób z mojego życia. Co wcale nie pomogło, ponieważ doprowadziło mnie to do tego, co myślę o sobie. Kiedy zrozumiałam, że moją wartością w relacji z narcystami była

Każdy, kto znajdzie w sobie siłę na spotkanie ze swoim dzieciństwem, swoją prawdą o nim i związanym z nim bólem jest pełnym odwagi człowiekiem. Nagrodą za uznanie swojej przeszłości jest świadome życie pozbawione iluzji. Widzenie sytuacji oczyma dojrzałego człowieka, życie tu i teraz. Aby tak się stało potrzebne jest zanurzenie w ciało, pobudzenie go do odkrywania uśpionych w nim emocji.

Pokazanie siebie, kim na prawdę jestem było dla mnie przełomowym krokiem. Publikując swój pierwszy post nie miałam zielonego pojęcia, co będzie dalej. Miałam nieodpartą potrzebę mówienia do ludzi, powiedzenia mojej prawdy. Było to dla mnie tak naturalne i takie organiczne, że po prostu stało się. Usłyszałam głos: Wilczycą Być i zaczęłam pisać ze środka. Powiedzenie sobie „tak” było dla mnie wolnością, dzięki temu moja kreatywność rosła, moje działania stawały się coraz odważniejsze, a słowa precyzyjnie odzwierciedlały co czułam. Poznawałam siebie na wielu poziomach, ponieważ konfrontowałam swoją prawdę z całym światem, no może nie aż całym, ale jak dla mnie wystarczająco dużym 😉 Mogłam też spełnić wieloletnie marzenie o pracy z ludźmi, o wspieraniu innych w drodze do siebie. Co pięknie dopełnia to, kim jestem. I ten wątek jest spokojny i harmonijny. Mogłabym tylko dopisać żyła długo i szczęśliwe, jednak moje życie uległo

Przez większość swojego życia byłam przekonana, że nie potrafię kochać. To przekonanie zatruwało mnie bardzo silnie. Miałam ogromne poczucie winy i smutek, przecież robiłam tak wiele, a jednak nie czułam, że żyję w bliskich i serdecznych relacjach z bliskimi. Dopiero, kiedy zrozumiałam, że miłość NIE OZNACZA służalczości, bezwarunkowego oddania się obiektowi i spełniania oczekiwań drugiej strony, bez oczekiwania odwzajemnienia. Świadomość tego, że w prawdziwej miłosnej relacji, czy to z partnerem, rodziną, czy przyjacielem dajemy i dostajemy. Dajemy szacunek, miłość, opiekę i dokładnie to samo dostajemy w zamian. A jeżeli tego nie ma, jeżeli czujemy w sercu brak to znaczy, że relacja nie jest zrównoważona. Świadomość, daje możliwość rozmowy z drugą osobą i pracy nad relacją, dopełnienie jej. A w przypadku braku porozumienia rozluźnienie relacji lub jej zakończenie. Każda z decyzji jest wyzwaniem do powiedzenia naszej prawdy i zatroszczenia się o siebie. Wymaga

Tak bardzo nienawidziłam swojego życia w cierpieniu. Ciągły smutek i ciągłe udawanie szczęścia. Nie pamiętam chwil radości. Wiem, że były, ale mój smutek zasłonił je wszystkie. Kiedy dotykałam tego, co boli, wylewało się strumieniami i wiele razy myślałam o sobie, że pozostanę na zawsze smutna, pozbawiona radości do życia. Jednocześnie, nie dostrzegałam, że mój wewnętrzny pęd do zmiany, był właśnie tą radością. Byłam skupiona na moich oprawcach i zawzięcie się ich trzymałam. Od czasu do czasu kąsałam ich z nadzieją, że w końcu zobaczą tą biedną skrzywdzoną istotę – ofiarę ich działań. Nie chciałam się przyznać przed sobą, że cały czas tkwiłam w nadziei, że to oni się zmienią, bo część mnie wiedziała, że ta nadzieja jest płonna i złudna. Jednak stojąc na rozdrożu, moja twarz nadal była zwrócona ku temu, co było. Rządziło mną moje wewnętrzne dziecko, które upierało się, że