Nadszedł czas, dzielenia się z innymi.

Obudziłam w sobie nauczyciela, intuicję, która rozpoznaje programy z dzieciństwa i pomaga w odnalezieniu prawdy, o nas samych.

Dzięki pracy ze mną rozpoznasz swoje programowanie z dzieciństwa. Zdobędziesz umiejętności, które pozwolą Ci na wsparcie siebie podczas procesu opłakiwania bólu. Otworzysz się, aby uwolnić wyparte emocje. Nawiążesz kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem i ugruntujesz zdrową, pełną troski i akceptacji relację ze sobą. Odkryjesz swój potencjał.

Zapraszam

Na co masz ochotę?

Author: Justyna

Wewnętrzna praca to górki i dołki, wzloty i upadki, ogromne zaangażowanie, miłość i cierpliwość. Wiele razy byłam na siebie wściekła i zniecierpliwiona, ponieważ włożyłam już tyle pracy, a tu wraca frustracja i złość. Pytałam wszechświat - Dlaczego nadal nie protrafię kochać w pełni?! Dopiero z czasem zrozumiałam, że nie można jednorazowo i szybko odkryć wszystkich ran. Niektóre z nich były bardzo głębokie i moje wewnętrzne dziecko potrzebowało nabrać do mnie zaufania, poczuć się bardzo bezpiecznie, aby mogło się podzielić tym, co głęboko schowane i zatrzaśnięte na wiele spustów. Nasze wewnętrzne dzieci otworzą się jeśli poczują naszą dojrzałość do zmiany, gotowość do wsparcia i poradzenia sobie z emocjami z przeszłości. Ruszycie razem w drogę do pełnej, bezwarunkowej miłości <3

W momencie, kiedy zanurzyłam się w swój cień wydarzyło się dużo spraw i sytuacji, z którymi chciałam się zmierzyć. Było wiele momentów, w których byłam przerażona i chciałam uciec, zrezygnować. Ale nie mogłam, wiedziałam, że to, co za mną, nie jest tym, co mi służyło. Więc podnosiłam się z kolan, otarłam łzy i szłam na spotkanie. Wiem, że w każdym z nas jest wiele wątpliwości i pytań. Czy warto? Czy muszę? Czy nie ma drogi na skróty? Kochani, nie ma. Teraz wiem, że każda ta sytuacja, z którą się zmierzyłam sama, zwracała mi cząstkę mojej duszy. Potrzebowałam i czasu i wielu prób, aby pokazać sobie jak bardzo siebie kocham i jak bardzo mogę na siebie liczyć. Wyszłam z roli ofiary i kogoś, komu przytrafiają się nieszczęścia. Powiedziałam TAK - sobie z podniesioną głową i radością. I tego Wam życzę <3

Zaleczenie "matczynej rany" było podstawą, na której mogłam budować siebie. Dało mi siłę do zintegrowania mojej osoby i zmierzenia się z tym, co wyparłam, czego nie chciałam w sobie zaakcentować. Jako poranione dziecko chciałam widzieć w sobie tylko to, co dobre, to, co białe. A to nie byłam ja. Przecież jest w nas radość i smutek, miłość i nienawiść, frustracja i spokój. To jest nasza pełnia, dojrzałość. Integralność dała mi spokój i szczęście. Akceptuję siebie, kiedy przepełnia mnie radość, ale też wtedy, kiedy jestem wściekła. Dzięki temu mam siłę i swobodę do ucieleśniania tego, o czym marzę. Już nie muszę tracić energii na utrzymywanie fałszywego ja. Teraz realizuje marzenia, które dotychczas pozostawały w sferze marzeń, teraz mogę dać sobie to, czego pragnę w materii. Dla tego momentu warto przejść przez całą ciemną otchłań, nieświadomość i cierpienie. Warto spojrzeć naszym największym lękom i strachom w

Im więcej jest w nas prawdy o sobie tym mniej toksycznych osób przy nas. Może to być przytłaczające i trudne, bo jest to moment, kiedy mierzymy się sami ze sobą i ze światem. Pustka, która pojawia się po relacjach, które odeszły jest dotkliwa. Kiedy sama przeżywałam ten czas zdarzało mi się prosić o wsparcie i empatię osoby, które nie były w stanie mi tego dać. Było to dla mnie bardzo dotkliwe doświadczenie, jednak nauczyło mnie mierzyć się ze swoim strachem przed samotnością i odrzuceniem. Z czasem nauczyłam się wspierać sama siebie w tak trudnych momentach lub prosić o wsparcie osoby, które rzeczywiście mi je dawały. Wymagało to ode mnie odwagi i samodyscypliny, wyjścia z dotychczasowych schematów. Wymagało to również czasu i codziennej nauki dbania o siebie i wsłuchiwania się w swoje emocje.

Jeden z piękniejszych momentów w moim życiu to ten, kiedy w sercu poczułam spokój i akceptację dla siebie w związku z tym, że nie chcę się spotykać z moją mamą i nie chcę się nią opiekować. Położyłam na szali to, co dostałam od niej i to, co jej dałam. Okazało się, że dałam dużo za dużo i nie ma we mnie przestrzeni na nic więcej. Poczułam, że to już czas, aby zająć się sobą, aby przestać ją szarpać o miłość, której nie umie mi dać. Poczułam, że to czas, aby dać sobie miłość dokładnie taką, na jaką czekałam i jakiej potrzebuję, idealnie skrojoną dla mnie. Taką, której nigdy nie dostałam od mamy. Jednocześnie szanując moją mamę i dziękując jej za to, co mogła mi dać. Moje wewnętrzne święto <3