Emocje

Narodziny

Zaciśnięta szczęki i brzuch to ja i moja prawda uwięziona w ciele. Chcę czasami ją wykrzyczeć w twarz mojej mamie, ale przypominam sobie, że to niszczy przede wszystkim mnie, sieje spustoszenie. Ona każdorazowo odsuwa mój krzyk od siebie i nie słyszy go. Powtarzając w kółko, że mi wybacza i że mnie kocha. A ja wciśnięta jeszcze bardziej w poczucie winy, nie rozumiem jak ona może w to wierzyć. Przecież ona NIE umie kochać, przecież robi to po to, aby zatkać mi usta i aby nasz wspólny taniec zależności wrócił do normy. Chce czerpać z mojego źródła i źródła moich dzieci, chce dostać życiodajnej energii miłości.

Droga do wolności to dla mnie odwaga stanięcia z tym, czego doświadczyłam twarzą w twarz i zobaczenie w tym sensu, przytulenie siebie, coś, co robi mądry rodzic swojemu płaczącemu dziecku.

Przypominam sobie moje dzieciństwo, młodość i dorosłość i dociera do mnie, że mama była obecna w każdym kawałku mojego życia.Wybierała mi ubrania. Wybierała mi fryzury. Wybierała mi przyjaciółki. Wybierała mi chłopaków. Wybierała mi szkoły. Wybierała mi zajęcia dodatkowe. Wybierała mi pracę. Wybierała mi męża. I nawet, jeżeli nie było jej fizycznie przy mnie, to, co zostało zasiane w dzieciństwie było tak silne, że trwało przez lata.

Byłam dotkliwie naznaczona wszystkim, co ONA aprobuje i lubi. Byłam naznaczona każdą jej preferencją. Nie pozostawiłam sobie przestrzeni na decyzje na określenie tego, kim jestem i czego chcę. Jako nastolatka umiałam jedynie pokazać przeciwieństwo tego, czego ona chce. Ale to przeciwieństwo nadal nie było mną było zaledwie BUNTEM przeciwko niej. I znowu moje życie kręciło się wokół niej.

Dopiero teraz, po tym jak zaleczyłam siebie widzę jak bardzo była obezna w moim życiu, jak bardzo moje decyzje były podszyte nią. Nawet, jeżeli podejmowałam swoje decyzje to i tak po jakimś czasie sabotowałam je, aby wrócić grzecznie do jej standardów.

Dlatego tak bardzo nienawidziłam, kiedy mówiła mi, że ładnie wyglądam, bo to oznaczało jedno! Córko jesteś ubrana i uczesana według moich standardów!!! A tego nie chciałam najbardziej na świecie.

Czułam względną akceptację do momentu, kiedy wiodłam życie zgodne z jej standardami i przekonaniami. Doskonale pamiętam, kiedy mając 32 lata zaczęłam medytować i chodzić na kursy i warsztaty, które wypuszczały moją świadomość z puszki. Fala jej niezadowolenia wylewała się coraz intensywniej. Jej działania stawały się coraz bardziej widoczne i agresywne. Chciała jednego, usunięcia osób, które według niej stanowiły zagrożenie i mojego powrotu do trybu “grzecznej dziewczynki”. Jednak ja byłam już w takim punkcie, z którego nie chciałam wrócić, byłam juz tak nieszczęśliwa, że dłużej nie mogłam tego ciągnąć, jednocześnie czułam powiew wolności na twarzy.

I tak przez lata nasz taniec się rozluźniał, a ja stawałam się coraz bardziej świadoma i widząca. Przygotowywałam się do tego, aby zacząć żyć samodzielnie, wolna od komentarzy i manipulacji.

Moja relacja miłosna bardzo mi w tym pomogła, wyciągnęła mój ból porzuconego dziecka. Teraz jestem gotowa być wdzięczna za lata spędzone razem i doświadczenia, które doprowadziły mnie do świadomości uzależnienia od mojej mamy i schematów, które stały za każdą moją relacją. To była moja odpowiedzialność, której za nic w świecie nie chciałam wziąć, wolałam być ofiarą, cierpiącą i bezwolną kobietą wykorzystywaną przez życie.

I właśnie moment, w którym zrozumiałam, że chcę tworzyć partnerski związek, pełen miłości i szacunku był dla mnie przełomem, ponieważ była to przestrzeń, w której tak dotychczas bliskie mi osoby mogły podjąć decyzję czy pozostają, czy nasza miłość jest na tyle silna, że chcą rozwijać ją bardziej chcą przerodzić ją w piękną relacje wspólnego zrozumienia, pokazania siebie i swoich ran, na połączenie serc. Wtedy poczułam pustkę i stanęłam sama ze sobą i swoim odwiecznym lękiem przed samotnością twarzą w twarz.

To był mroczny okres mierzenia się ze sobą, upadków i wzlotów i ponownego schodzenia jeszcze niżej w otchłań samotności, aż do symbolicznej śmierci wszystkiego, co dotychczas było dla mnie ważne. Po to, aby odrodzić się i zobaczyć siebie prawdziwą.

Nie wrócę już do szarpaniny, ciągłego proszenia o zmianę i ciągłego czekania na zmianę. Dziękuję za to, co dostałam, jestem wdzięczna. Rozumiem, że więcej nie będzie, że nie będzie sielanki i bezwarunkowej miłości rodzica. To umarło. Teraz to ja daję sobie tą sielankową rodzicielską miłość skrojoną idealnie dla mnie. Jednocześnie akceptuję w sobie to, że idę własną drogą, na której na ten moment nie ma miejsca na opiekę i spotkania z moją mamą. Kocham siebie za miłość i akceptację, jaką ofiarowałam sobie, za zwrócenie swojej duszy wolności, aby mogła pisać i wyrażać swoją mądrość i drogę w materii.

Emocje

Ja

Cała drżę z emocji, jest ich wiele więcej niż reakcji bliskich na moją prawdę. Właśnie minęły urodziny mojego syna i poczułam kolejną falę odrzucenia. Byli bliscy, ale nie z rodziny, były życzenia, ale nie od tych, z którymi związana jestem ciałem i krwią. Zamykam oczy i widzę ich jak stoją złowrogo patrzą na mnie, a ja jeszcze trochę przestraszona z moją prawdą na ustach. Tyle było tajemnic, tyle było smutku, tyle było niezrozumienia.

Co chcę powiedzieć?! Jest mi przykro, że nie ma Was obok mnie, jest mi bardzo przykro. Od urodzenia żyłam wizją wspaniałej rodziny, która kocha się pomimo różnic. Od zawsze płakałam na amerykańskich produkcjach familijnych, kiedy pokolenia siadają do wspólnego stołu. I o ironio!! Tworzę trzy osobową rodzinę, matka, córka i syn.

Tak, sama to sobie zrobiłam, zgadza się. To ja sama powiedziałam moim bliskim DOŚĆ. Nie chcę być traktowana jak głupia blond dziewczyna, mając 40 lat. Mam dość wyśmiewania, wchodzenia w moje życie, obgadywania i BRAKU EMPATII, mam dość sztucznych spotkań z przyklejonym uśmiechem. Dlaczego nie byłam akceptowalna – powodów było milion, bo za bardzo natchniona, bo za głupia albo za egzaltowana, bo nie pracuje, bo za mało zarabia, bo nie wie, co to życie. I tak akceptowałam to przez prawie czterdzieści lat. Aż tu spotkałam swoją świętą złość, potężną falę frustracji, nienawiść i złości. BASTAAAAAAA wykrzyczałam sobie i światu. Dziś jest ten dzień, kiedy pokaże siebie prawdziwą.

Ściągnęłam fartuszek prowincjonalnej gąski, to przecież nie ja. Jestem dobra, miłościwa i cierpliwa, ale tylko dla tych, którzy i dla mnie tacy są. Założyłam spodnie i glany, aby afirmować budzącą się siłę i przeklinam siarczyście, aby przełamać kolor włosów. Dlaczego to piszę, teraz, kiedy przekułam to w siłę, teraz, kiedy wypłakałam morze łez, podczas nieprzespanych nocy, teraz, kiedy wykrzyczałam całą frustrację?! Bo chcę powiedzieć swoją prawdę, bo nie chcę milczeć i udawać, że byłam szczęśliwa. Tak pogubiłam się, myślałam, że jak będę sprzedawać siebie to zasłużę na miłość, wierzyłam, że jak będę na każde zawołanie to będę ukochaną siostrą i ciocią i córką. Jednak moje ciało pokazało mi, że to nie ta droga prowadzi to spełnienia.

Spełnieniem jestem ja bez cenzury, spełnieniem jestem ja bez hamulca. A taka wersja mnie chce szczerych i swobodnych relacji, chce prawdy i miłości. Jest czasami bezkompromisowa i silna. I czasami odcina gangrenę, aby dać przestrzeń na nową relację, na nową miłość. Choć ta potrzebuje czasu, czasami bardzo dużo czasu. Jestem cierpliwa i pełna wiary, ale już nie naiwności!

Samotność to nie ja, mam bliskich, mam ramiona, na których płaczę, kiedy odkrywam wyspę smutku i strachu. Mam usta, które wspierają i mówią – dasz radę i jest ich coraz więcej.

Spełniam swoje marzenie o silnej i dojrzałej kobiecie we mnie. Przyglądam się sobie codziennie w lustrze i czasami nieśmiało wątpię, to na prawdę ja?! Zrozumiałam, że dojrzałość to wiele smaków od słodkości po gorycz. Zrozumiałam, że dojrzałość to bycie swoim rodzicem, który kocha i czule dba o swoje dziecko, ale również gorliwie dopinguje do pracy i stawia zadania. I jestem nim każdego dnia przełamując to, czego nauczyłam się w przeszłości, każdego dnia krok do przodu.

Emocje

Odwaga

Sama nie wiem jak to się stało, że powiedziałam “nie mogę się spotykać z Tobą mamo, potrzebuję się zdystansować i wyleczyć”, nawet nie wiem czy to były te słowa. Stanęłam za sobą podczas kolejnej rozmowy, podczas której słyszałam ja Ciebie kocham i chcę się spotykać, ale nie akceptuję tego, że …. Kolejna rozmowa, podczas, której nie padały żadne wrogie słowa, żadne obelgi czy wyzwiska. Kolejna rozmowa, podczas, której moje serce wołało “już nie wytrzymam tego, przestań mnie torturować” Kolejna rozmowa, podczas, której słowa kłamały, a ciało zdradzało prawdę, którą moja mama próbowała ukryć przed światem, ale ja jej córka zna ją całą, w każdym najmniejszym calu i w każdej najmniejszej wariacji. Żyłam z nią od urodzenia, ba nawet w łonie ją znałam. Więc pękłam, nie dałam rady już dłużej próbować naprawiać, starać się, leczyć się i zmieniać. Pomimo całej mojej miłości oddania i troski musiałam to zrobić.

Moje serce pękło, bardzo bolało, tak bardzo poczułam, że całe moje życie błagałam o to, aby ona wybrała mnie, a nie swoje zasady, tak bardzo marzyłam, aby usłyszeć “córeczko jesteś cudem, kocham Cię nad życie”. Tak bardzo chciałam być wyjątkowa dla niej, chciałam być kimś, dla kogo zmienia się siebie i świat. Takiej zmiany nie było i nie ma. Nie usłyszałam upragnionych słów i moje serce zrozumiało, że nigdy tego nie poczuje, że tak się nie stanie. Kiedy piszę płaczę, bo wiem, że mimo tego, że leczę tę ranę to ona jest i odzywa się, kiedy robię kolejny krok ku wolności.

Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, dlaczego tak bardzo lubiłam filmy, w których bohater tak bardzo kochał, że decydował się na heroiczny czyn w imię miłości do swojej wybranki. Tak to były moje dziecięce i nie tylko marzenia.

Powiedziałam i co było dalej, pierwsze wrażenia bezcenne, duma i radość, tak stanęłam za sobą i obroniłam siebie. Akt wielkiej odwagi. A dalej poczułam, że nie wiem, co robić, w pierwszym odruchu chciałam wrócić do starego znanego schematu: przepraszam i poprawiam się, obłaskawiam, siedzę cicho.

Nie tym razem, nie mogę już tam wrócić, potrzebuję odnaleźć nową drogę. Wylały się emocje, poczucie winy, lęk o siebie, lęk przed konsekwencjami. Wydawało mi się, że kolejnego odrzucenia nie przeżyję. Czułam jak bardzo moje ciało jest zmęczone i zestresowane. Schowałam się w domu. Przestałam wychodzić, tylko czasami przemykałam bokami jak mysz z głową spuszczoną w ramiona. Bałam się pytań i ludzi, którzy je zadawali.

Potrzebowałam wiele miłości i delikatności, otaczałam się ludźmi, co, do których miałam pewność, że rozumieją i akceptują. A kiedy nadchodziły konfrontacje, pracowałam z każdą emocją, która się pojawiła. To nie było łatwe, czasami przerastało mnie, chciałam uciec na koniec świata. Wielokrotnie czułam się osaczona i zaszczuta, kiedy następował atak ze strony mojej mamy, czy kogoś z rodziny. Jednocześnie, czułam coraz większe zaufanie do siebie i do tego, że wreszcie mogę na siebie liczyć. Czułam jak dorastam i dojrzewam, staję się kobietą. Czułam, że staję się silna i niezależna, czułam, że staję się gotowa na spełnianie, tego, o czym marzyłam w zakamarkach, a nigdy głośno i odważnie.

 

Z tą siła przychodziło zrozumienie, że mam prawo do godnego i dobrego życia. Przychodziła też świadomość, na co pozwalałam i na co się zgadzałam, to boli i to bardzo. Przyjęcie do serca i wybaczenie sobie tych wszystkich chwil, kiedy pozwalałam się łamać w imię akceptacji i miłości!!!! Te wszystkie chwile, kiedy dawałam siebie na tacy, a ktoś brał a chwilę potem niszczył bez zastanowienia. Te wszystkie chwile, kiedy wierzyłam, że miłość to totalne oddanie drugiej osobie i bezwarunkowe posłuszeństwo. Te wszystkie chwile, w których nawet przez moment nie dawałam sobie prawa do obrony. W imię miłości zapomniałam o sobie, zapomniałam o swoich potrzebach. Przestałam ufać temu, co moje ciało i moja intuicja mówią, bo dałam sobie wmówić, że ktoś z zewnątrz wie lepiej. To wszystko we mnie krzyczało i prosiło o uwagę, wylewało się.