Toksyczne związki

Leczenie skutków narcystycznej przemocy

 

Ofiary narcystycznej przemocy żyją na polu walki, gdzie doświadczają wielu form kontroli i manifestacji siły użytych przeciwko nim. Ich codzienność to zastraszanie na poziomie emocjonalnym, fizycznym i psychicznym. To nie wszystko doświadczają także izolacji, przymusu, przemocy finansowej, seksualnej oraz fizycznej.

 

Żyjąc w relacji z osobą narcystyczną poczucie zagrożenia jest nieodłączną częścią życia. Co więcej doświadczana przemoc najczęściej narasta z czasem.

 

Ofiara staje się coraz bardziej zależna ponieważ osoba narcystyczna poprzez kontrolę i kreowanie sytuacji w których ofiara jest coraz bardziej zależna demonstruje swoją siłę. To z czasem wywołuje w ofierze coraz większe poczucie bezsilności, które powoduje niepewność i chaos.

 

Do poczucia bezsilności dokłada się niewątpliwie nieprzewidywalność osoby narcystycznej oraz brak zrozumienia ze strony ofiary oczekiwań i reakcji osoby narcystycznej. Nawiązuję tutaj do cyklu przemocy jaki jest obecny w relacji z osobą narcystyczną.

 

Cykl przemocy to:

1. BUDOWANIE NAPIĘCIA
Etap, który trwa od kilku minut do tygodni. Jest to faza w której narasta napięcie. Osoba, która stosuje przemoc może coraz bardziej czuć się ignorowana, porzucona, źle traktowana. To poczucie może powodować, że jej oczekiwania będą nie do zaspokojenia, może obrażać ofiarę werbalnie, krzyczeć. To napięcie powoduje, że ofiara czuje się coraz bardziej zalękniona, niespokojna i chodzi na palcach po to, aby nie sprowokować wybuchu przemocy.

2. ZDARZENIE
Ofiara mówi lub robi coś, co powoduje, że sprawca wybucha i dąży do zdominowania ofiary stosując przemoc. Robi to stosując przemoc słowną, fizyczną lub seksualną.

3. POJEDNANIE
podczas tego etapu sprawca przemocy może czuć skruchę, może też podejmować próby pojednania: kupując kwiaty, czy też inne prezenty, zabieranie na kolacje, wspólne spędzanie czasu. Sprawca może również składać obietnice o zaprzestaniu przemocy. Natomiast ofiara cały czas czuje się upokorzona, dominuje w niej lęk i brak zaufania, jest w szoku. Rozważa co zrobi, często pozostaje w relacji z powodów zależności i poczucia bezradności w sferze finansów albo też dzieci.

4. SPOKÓJ
Jest to etap miesiąca miodowego, podczas którego sprawca jest miły, spokojny, w pewnym stopniu wraca do relacji to, co było na samym początku. To powoduje, że ofiara przemocy wraca do poczucia, że jednak jej ukochany się zmienił i naprawdę niedawny wybuch był tylko chwilowy. Ma poczucie, że wszystko wróciło i jest w relacji w której jest miłość i bliskość. Życie we dwoje jest znowu piękne i pełne nadziei.

Cykl przemocy zaczyna się od początku.

 

 

Sytuacja w której przemoc powtarza się powoduje aktywację naszych schematów z okresu w którym jako dzieci doświadczałyśmy przemocy. Co powoduje, że w naszym wnętrzu aktywują się mechanizmy obronne po to, aby pomóc nam poradzić sobie z lękiem o przetrwanie, który jest aktywowany.

 

Ofiara czuje się zagrożona, aby przetrwać, obniżyć uczucie zagrożenia i dysonans poznawczy ucieka się np. do usprawiedliwiania, okłamywania siebie, przywiązania się do sprawcy przemocy, cofnięcie się do strategii przetrwania wykorzystywanych w dzieciństwie. Mechanizmy stosowane przez ofiarę to sposób na przetrwanie tego chaosu i sytuacji zagrożenia są w większości mechanizmami nieświadomymi, czyli ofiara nie wie, że wykorzystuje je w danym momencie.

 

Leczenie skutków przemocy to złożony proces, który zajmuje nam dużo czasu. Rzeczą, która nie pomaga nam w tym procesie jest widok osoby narcystycznej, która dobrze sobie radzi i cieszy się życiem. Natomiast ofiara narcystycznej przemocy jest w żałobie, rozbita i obolała. To, co dominuje w ofierze to poczucie niezrozumienia po doświadczonej przemocy przy jednoczesnym staraniu i zabieganiu ofiary o sprawcę.

 

Ofiary narcystycznej przemocy bardzo często borykają się ze złożonymi objawami stresu pourazowego, których leczenie wymaga specjalistycznego i terapii, które są pełne empatii, wrażliwości oraz takich, które doprowadzą do spotkania z wewnętrznymi ranami i wesprą proces ich leczenia.

Jeżeli borykasz się z objawami złożonego stresu pourazowego zapraszam Cię do dołączenia do Wilczego Stada, w którym znajdziesz obszerne materiały dotyczące pracy z tymi objawami.

 

To co jest niesamowicie ważne w procesie leczenia naszych ran to przejście żałoby. Mam nadzieję, że miałaś okazję obejrzeć film w którym mówię o etapach żałoby. Pamiętaj proszę o tym, że proces żałoby nie jest procesem liniowym, co oznacza, że jego etapy mogą się ze sobą mieszać i występować w różnej kolejności. Wiąże się to z Twoją gotowością na poczucie pewnych emocji i dopuszczenie do siebie przeżyć oraz ich skutków, czyli ran jakie pozostawiły w Twoim wnętrzu.

 

 

1. Żałoba po osobie, którą myślałaś, że twój partner, mąż, rodzic, przyjaciółka były. Po tej osobie w którą wierzyłaś i kochałaś.
2. Żałoba po tej prawdziwiej osobie z którą byłaś w relacji. Tą nieczułą, tą która wykorzystywała Cię do zaspokojenia tylko swoich potrzeb, tą której służyłaś jako zasilanie, tej która nigdy nie poczuła prawdziwej skruchy za krzywdy, które Tobie wyrządziła.

 

Twoje kroki w kierunku leczenia to:
  • Bardzo ważnym krokiem jest rozpoznanie osoby z którą miałyśmy do czynienia. Nazwanie doświadczonej przemocy oraz zachowań jakie ta osoba stosowała.
  • Uznanie naszego spojrzenia na to, co się wydarzyło i rzeczywistości w jakiej żyłyśmy. Kontrastującego z tym, jak przedstawia tę rzeczywistość sprawca.
  • Spotkanie się z naszą iluzją, która powoduje, że postrzegamy osobę narcystyczną jako kogoś kto potrafi współodczuwać i współczuć.
  • Zerwanie kontaktu lub ograniczenie w zależności od Twojej sytuacji i możliwości.
  • Leczenie naszych podświadomych programów, naszych nieuzależnień i zachowań auto-sabotażowych, które służą nam jako mechanizmy obronne przed czuciem naszych emocji.
  • Budowanie naszej samo-świadomości i tym samym odbudowywanie naszego utraconego ja poprzez pracę z emocjami, potrzebami i stawianie granic.
  • Nauka dbania o siebie na poziomie mentalnym, cielesnym i duchowy z wykorzystaniem różnych metod.
  • Układanie swojego życia według nowych zasad, takich, które będą zgodne z tym kim jesteś. Jakie jest Twój życiowy cel i Twoja pasja, zainteresowania i hobby.
  • Zerwanie kontaktu lub ograniczenie w zależności od Twojej sytuacji i możliwości.
  • Stworzenie grupy wsparcia w osobach, które wierzą w Ciebie i to co przeżyłaś w obecności, których czujesz się rozumiana i ważna.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt leczenia, którym jest leczenia wiązań pourazowych na poziomie biochemicznym.

A to wymaga od nas przerwania wiązań pourazowych:

  • Podwyższenia poziomu oksytocyny, która jest „hormonem miłości” i aktywuje u nas uczucia zaufania i przyciągania się. Aby osłabić naszą relację z osobą narcystyczną potrzebujemy budować naszą więź z innymi osobami oraz bliskość fizyczną, np. z naszymi przyjaciółmi, rodziną, samą sobą, zwierzakiem domowym.
  • Przytulanie samej siebie, gładzenie się powoduje, że nasz mózg produkuje oksytocynę, to samo dotyczy głaskania i przytulania psa, kota, czy też przytulania się do bliskiej nam osoby.
  • Poziom oksytocyny wzrasta również podczas spotkań z innymi ludźmi, dlatego warto zacząć nowe hobby, dołączyć do grupy, która spotyka się regularnie i podejmuje wspólne działania.

    To nie jedyna możliwość wyzwalania oksytocyny w naszym organizmie każdy miły gest i zrozumienie jakie dajemy sobie jest jej źródłem. Czyli wprowadzanie miłości do siebie do swojego życia jest kluczowe w tym procesie. Jeżeli masz z tym problem zapraszam Cię do pracy w kursie „Osiem kroków do siebie, ulecz toksyczny wstyd”.

  • Obniżenia poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu, aby obniżyć działanie tego hormonu wprowadź do swojej codzienności aktywność fizyczną, śmiech, medytację, muzykę i spotkania z bliskimi, które dają Ci poczucie radości i lekkości.
  • Podwyższenia poziomu serotoniny, jest to hormon, którego niski poziom może spowodować powrót do tej relacji, a wysoki daje Ci siłę do działania, budowania swojej nowej rzeczywistości, dbania o siebie, spokojnego snu.
    Przebywaj jak najwięcej na świeżym powietrzu i słońcu.
    Zażywaj witaminy z grupy B
    Korzystaj z dobroci masażu, który obniża poziom kortyzolu i podwyższa poziom serotoniny.
    Przeglądaj zdjęcia i wspominaj dobre momenty w swoim życiu.

 

Wilczyco pamiętaj #idziemyrazem

 

 

Różne

Boskie cierpienie

Tak bardzo nienawidziłam swojego życia w cierpieniu. Ciągły smutek i ciągłe udawanie szczęścia. Nie pamiętam chwil radości. Wiem, że były, ale mój smutek zasłonił je wszystkie.

Kiedy dotykałam tego, co boli, wylewało się strumieniami i wiele razy myślałam o sobie, że pozostanę na zawsze smutna, pozbawiona radości do życia. Jednocześnie, nie dostrzegałam, że mój wewnętrzny pęd do zmiany, był właśnie tą radością.
Byłam skupiona na moich oprawcach i zawzięcie się ich trzymałam. Od czasu do czasu kąsałam ich z nadzieją, że w końcu zobaczą tą biedną skrzywdzoną istotę – ofiarę ich działań. Nie chciałam się przyznać przed sobą, że cały czas tkwiłam w nadziei, że to oni się zmienią, bo część mnie wiedziała, że ta nadzieja jest płonna i złudna. Jednak stojąc na rozdrożu, moja twarz nadal była zwrócona ku temu, co było. Rządziło mną moje wewnętrzne dziecko, które upierało się, że nie będzie nic ze sobą robić, nie pójdzie do pracy, nie zadba o siebie, nie będzie siebie kochać, nie dorośnie. Pozostanie w iluzji, że życie jest białe, piękne i dobre. Pozostanie w iluzji, że tylko dobre rzeczy mają się zdarzać w życiu i tylko one mają wartość. I właśnie, dlatego, nie mogłam dopuścić do siebie wartości, które niosły moje traumy i zmagania, bo zobaczyłabym, że to ja sama dla siebie byłam katem, zmuszając siebie do pozostania kilkanaście lat w związku, w którym nie było miłości. Do codziennego kontaktowania się z matką, która nie miała miłości dla mnie.

Większość frustracji i nienawiści, która drzemała we mnie, to była moja własna nienawiść do siebie. Za to, że porzuciłam siebie, zapomniałam, zaniedbałam, opuściłam dla życia w iluzji! Za to, że brałam prawdy innych ludzi za swoje i sprzedawałam siebie za drobne. Za to, że stawiałam ludzi na piedestale niczym bogów, jadłam ich prawdy z ręki i całowałam stopy. A wszystko to robiłam, ponieważ nie chciałam wyjść z cienia i zademonstrować swojej siły.

Wiem, byłam dzieckiem i potrzebowałam mechanizmu obronnego i strategii na przetrwanie. Jednak pomimo tego, że dorosłam i byłam zdrową kobietą robiłam to nadal szukając winy dookoła.

Wybaczyłam sobie i wybaczyłam im. Każdy reagował i działał ze swojej głębokiej rany. Każdy z nas cierpiał, bo zabrakło miłości i ciepła. Odtąd żyję dla siebie, z ludźmi, którzy są świadomi i gotowi brać odpowiedzialność za siebie.

Czym było moje cierpienie? Dlaczego cierpiałam, czy mogłam go uniknąć?
Patrzę na tu i teraz. Moje ciało, dusza i mój materialny wymiar. Urodziłam się w łonie narcystycznej matki. Mój ojciec, który dał mi namiastkę miłości, był ze mną bardzo krótko. Tylko ja byłam przy jego śmierci, mając zaledwie jedenaście lat. Kiedy odszedł, pozostałam w domu z dwójką narcystów, którzy brali miłość, a ja ćwiczyłam się w dawaniu. Dawałam długo, ponieważ wierzyłam, że mój brak miłości zostanie uzupełniony przez innych. Powtarzałam swoje cierpienie nie widząc drogi wyjścia.

I tu zauważam sens mojego doświadczenia i mojego powołania. Cierpienie wyćwiczyło moje serce. Strach zahartował mojego ducha. Nie byłabym tą osobą, gdyby nie cierpienie. Nie miałabym w sobie tyle miłości, jeśli nie poczułabym jej braku. Nie byłabym tak odważna, gdybym nie poczuła w sobie śmiertelnego przerażenia! Może to jest okrutne, ale jest też dla mnie przejawem miłości bożej. Jestem kimś wyjątkowym, kto potrafi pomóc innym, którzy cierpieli podobnie do mnie. Mam w sobie odwagę, aby pisać o krzywdzie wyrządzanej przez matki, które nie potrafią kochać. Mam siłę, aby bronić słabych i skrzywdzonych.

Widzę w człowieku miłość pomimo tego, że jest ona ukryta i potrafię odnaleźć do niej drogę.
Tak, czuję się osobą wybraną, tak czuję, że to, co kiedyś było nie do zniesienia, ma ogromną wartość. I im bardziej kocham to cierpienie w sobie, tym więcej znajduję miłości do siebie, świata i ludzi. Tak, każda moja trauma była mi potrzeba i przyszła w dobrym czasie, jeżeli teraz mogę ocalić, choć jedną osobę, jeżeli teraz mogę zaświecić radość w jednym sercu. Tak to wszystko miało i ma wielki sens.

Różne

Narodziny

Zaciśnięta szczęki i brzuch to ja i moja prawda uwięziona w ciele. Chcę czasami ją wykrzyczeć w twarz mojej mamie, ale przypominam sobie, że to niszczy przede wszystkim mnie, sieje spustoszenie. Ona każdorazowo odsuwa mój krzyk od siebie i nie słyszy go. Powtarzając w kółko, że mi wybacza i że mnie kocha. A ja wciśnięta jeszcze bardziej w poczucie winy, nie rozumiem jak ona może w to wierzyć. Przecież ona NIE umie kochać, przecież robi to po to, aby zatkać mi usta i aby nasz wspólny taniec zależności wrócił do normy. Chce czerpać z mojego źródła i źródła moich dzieci, chce dostać życiodajnej energii miłości.

Droga do wolności to dla mnie odwaga stanięcia z tym, czego doświadczyłam twarzą w twarz i zobaczenie w tym sensu, przytulenie siebie, coś, co robi mądry rodzic swojemu płaczącemu dziecku.

Przypominam sobie moje dzieciństwo, młodość i dorosłość i dociera do mnie, że mama była obecna w każdym kawałku mojego życia.Wybierała mi ubrania. Wybierała mi fryzury. Wybierała mi przyjaciółki. Wybierała mi chłopaków. Wybierała mi szkoły. Wybierała mi zajęcia dodatkowe. Wybierała mi pracę. Wybierała mi męża. I nawet, jeżeli nie było jej fizycznie przy mnie, to, co zostało zasiane w dzieciństwie było tak silne, że trwało przez lata.

Byłam dotkliwie naznaczona wszystkim, co ONA aprobuje i lubi. Byłam naznaczona każdą jej preferencją. Nie pozostawiłam sobie przestrzeni na decyzje na określenie tego, kim jestem i czego chcę. Jako nastolatka umiałam jedynie pokazać przeciwieństwo tego, czego ona chce. Ale to przeciwieństwo nadal nie było mną było zaledwie BUNTEM przeciwko niej. I znowu moje życie kręciło się wokół niej.

Dopiero teraz, po tym jak zaleczyłam siebie widzę jak bardzo była obezna w moim życiu, jak bardzo moje decyzje były podszyte nią. Nawet, jeżeli podejmowałam swoje decyzje to i tak po jakimś czasie sabotowałam je, aby wrócić grzecznie do jej standardów.

Dlatego tak bardzo nienawidziłam, kiedy mówiła mi, że ładnie wyglądam, bo to oznaczało jedno! Córko jesteś ubrana i uczesana według moich standardów!!! A tego nie chciałam najbardziej na świecie.

Czułam względną akceptację do momentu, kiedy wiodłam życie zgodne z jej standardami i przekonaniami. Doskonale pamiętam, kiedy mając 32 lata zaczęłam medytować i chodzić na kursy i warsztaty, które wypuszczały moją świadomość z puszki. Fala jej niezadowolenia wylewała się coraz intensywniej. Jej działania stawały się coraz bardziej widoczne i agresywne. Chciała jednego, usunięcia osób, które według niej stanowiły zagrożenie i mojego powrotu do trybu “grzecznej dziewczynki”. Jednak ja byłam już w takim punkcie, z którego nie chciałam wrócić, byłam juz tak nieszczęśliwa, że dłużej nie mogłam tego ciągnąć, jednocześnie czułam powiew wolności na twarzy.

I tak przez lata nasz taniec się rozluźniał, a ja stawałam się coraz bardziej świadoma i widząca. Przygotowywałam się do tego, aby zacząć żyć samodzielnie, wolna od komentarzy i manipulacji.

Moja relacja miłosna bardzo mi w tym pomogła, wyciągnęła mój ból porzuconego dziecka. Teraz jestem gotowa być wdzięczna za lata spędzone razem i doświadczenia, które doprowadziły mnie do świadomości uzależnienia od mojej mamy i schematów, które stały za każdą moją relacją. To była moja odpowiedzialność, której za nic w świecie nie chciałam wziąć, wolałam być ofiarą, cierpiącą i bezwolną kobietą wykorzystywaną przez życie.

I właśnie moment, w którym zrozumiałam, że chcę tworzyć partnerski związek, pełen miłości i szacunku był dla mnie przełomem, ponieważ była to przestrzeń, w której tak dotychczas bliskie mi osoby mogły podjąć decyzję czy pozostają, czy nasza miłość jest na tyle silna, że chcą rozwijać ją bardziej chcą przerodzić ją w piękną relacje wspólnego zrozumienia, pokazania siebie i swoich ran, na połączenie serc. Wtedy poczułam pustkę i stanęłam sama ze sobą i swoim odwiecznym lękiem przed samotnością twarzą w twarz.

To był mroczny okres mierzenia się ze sobą, upadków i wzlotów i ponownego schodzenia jeszcze niżej w otchłań samotności, aż do symbolicznej śmierci wszystkiego, co dotychczas było dla mnie ważne. Po to, aby odrodzić się i zobaczyć siebie prawdziwą.

Nie wrócę już do szarpaniny, ciągłego proszenia o zmianę i ciągłego czekania na zmianę. Dziękuję za to, co dostałam, jestem wdzięczna. Rozumiem, że więcej nie będzie, że nie będzie sielanki i bezwarunkowej miłości rodzica. To umarło. Teraz to ja daję sobie tą sielankową rodzicielską miłość skrojoną idealnie dla mnie. Jednocześnie akceptuję w sobie to, że idę własną drogą, na której na ten moment nie ma miejsca na opiekę i spotkania z moją mamą. Kocham siebie za miłość i akceptację, jaką ofiarowałam sobie, za zwrócenie swojej duszy wolności, aby mogła pisać i wyrażać swoją mądrość i drogę w materii.

Różne

Mój mężczyzna

Zaczynam ten wpis w Dzień Ojca, co roku w ten dzień myślę o nim jakoś intensywniej, może, dlatego, że to również dzień moich urodzin. Zastanawiam się czy był to dla niego prezent, kiedy się urodziłam, chcę wierzyć, że tak, że dostałam miłość i akceptację. Zawsze była między nami nić porozumienia i radość ze wspólnie spędzonego czasu, wiem, że rozumieliśmy się w sprawie mamy. Każde z nas wiedziało, że rani, ale żadne z nas nie umiało tego zmienić.

Kolejny raz siadam do tego wpisu, a jest już połowa sierpnia i nic, nie umiem wylać tego, co serce pamięta, ale tak pilnie strzeże. Myślę, że bardzo boję się dokopać do niektórych moich tajemnic i ran, bronię się przed nimi. Wtedy jedynie ciało boli, a ja jakoś funkcjonuję.

Zawsze zastanawiałam się, dlaczego z mężczyznami układały się kiepsko, dlaczego byłam wyśmiewana, dlaczego przyciągali Ci, co ranią i odrzucają, dlaczego czułam się przy nich samotna i brzydka, dlaczego nie widziałam w ich oczach uznania.

Związałam się z narcystą, który odrzucał moją miłość, jak matka, a ja wpadałam w czarną rozpacz, przepraszałam i powtarzałam – jestem niedoskonała, naprawię się, stanę się dla niego lepsza, idealna i wtedy nastanie czas miłości.

Był też inny odcień mojego uzależnienia, był ojciec, który umarł, kiedy byłam dzieckiem, które totalnie tego nie rozumiało, które poczuło się porzucone i część mnie stała przy nim takim martwym i zimnym. Uparcie stałam i czekałam, aż wstanie i uratuje mnie. Inna część była wkurwiona na niego, na mężczyznę, który miał ratować, a poszedł. I ta część założyła pancerz ze stali i powiedziała “nie potrzebuję mężczyzny, będę sama i nie pokażę żadnemu jak bardzo rani mnie odrzucenie” stałam się harda i twarda. I głosiłam wszędzie, jak dobrze mi z mężczyzną, który jest zdystansowany, zimny i niezależny. A wymiotowałam na widok trzymających się za ręce par słodko szepczących sobie “kocham Cię”.

Żyłam oszustwem i kłamstwem. Karmiłam się nim codziennie w każdej sekundzie mojego życia. Słodko gorzki jest powód mojej zmiany, tak częściowo dla siebie, bo ciężko było już patrzeć w lustro i uśmiechać się, ale przede wszystkim chciałam się stać idealną partnerką, chciałam w końcu usłyszeć – jesteś cudowna, dla Ciebie zrobię wszystko.

Nie powiedziały tego usta, z których spijałam słowa, nie usłyszałam tego i już z tych ust tego nie usłyszę. Ten etap został odcięty jednym szybkim cięciem. Bolało bardzo i dotkliwie, myślałam, że umrę. Przestałam jeść i żyć, inni byli wokół mnie, aby przypomnieć mi o tym, że nadal żyję i mogę żyć. Było mi tak trudno pogodzić się, że to koniec, że jeśli kocham siebie to muszę zostawić, to, co było. Nie chciałam zobaczyć tego, że narcysta nie pokocha, moje ciało wiło się z bólu i chciało powrotu, jak narkotyku. Uparcie wkładałam sobie do głowy wizje kolejnych prób, analizowania mojego zachowania i słów, tworzenia nowych doskonalszych wersji, które miały szanse na sukces, czyli na obudzenie miłości. Niby odeszłam, a tak naprawdę stałam i nadal pukałam do zamkniętych drzwi.

Byłam wrakiem emocjonalnym, frustracja, strach i walka o siebie. Ciągłe stanie nad przepaścią i zastanawianie się, w którą stronę iść. Tak wiem, że naiwnością jest pukać do tych samych drzwi przez kilkanaście lat i myśleć, że znajdzie się coś, czego nigdy tam nie było. Jednak dzieci narcystycznych matek to zrozumieją. One wiedzą, że można spędzić całe swoje życie na czekanie i na życie w świecie marzeń.

Teraz patrzę na tamtą rozpacz i płaczę nad sobą. Tak bardzo byłam zagubiona. Jednocześnie byłam twarda, nie chciałam się przyznać sama przed sobą, jak bardzo potrzebuję tej miłości w oczach bliskiej osoby. Jak bardzo potrzebowałam czułości i dotyku, ciepłych słów. Bałam się, że się rozsypię i załamię, kiedy przyznam się do tego. Bałam się, że kiedy otworzę tą ranę to koniec. Więc brnęłam w ten związek i udawałam, że obojętność mnie nie dotyka, że chamskie żarty i brak szacunku rani tylko słabeuszy, a twardziele mają to w dupie. Udawałam, że jestem niezależna i wolna i lubię sama podróżować i organizować życie.

Kłamstwo, to było jedno z największych moich kłamstw.

Udało się, napisałam, pomimo strachu, który towarzyszy każdemu z wpisów. Wiem, że to dopiero początek, jednak na dziś muszę postawić kropkę…

Różne

Choroba

Co chcę dziś powiedzieć, wydusić z siebie. Milczałam, bo strach spinał mi gardło, strach mówił zostań tu gdzie jesteś, nie chcesz znać całej prawdy, jak było. Nie miał racji, chcę, już czas.

Zobaczenie całego spektrum choroby rodzica jest bardo trudne. Zobaczenie tego, jakiej traumy i przemocy emocjonalnej doświadczyło się w dzieciństwie jest ogromną odwagą. Uświadomienie sobie i zaakceptowanie, że osoba z którą żyłam jest chorobą, a nie moją mamą dał mi ogromne poczucie ulgi i zrzuciło z moich pleców ciężar i smutek.

Poszłam, pozwoliłam przypomnieć sobie to szaleństwo w jakim żyłam i jakiego doświadczałam. Jak tylko świat wymykał się mojej mamie spod kontroli zamieniała się w niszczyciela, paliła wszystko i wszystkich, byle tylko nie czuć i znaleźć, kogoś kogo można obwinić za cały ten ból. Pamiętam, że chowałam się po kątach, że uciekałam w świat marzeń, że znikałam w innej rzeczywistości, uciekałam z ciała, albo byłam grzeczna do granic możliwości. Byłam przerażona i zamrożona, nie potrafiłam tego zrozumieć, ani też nie brać za to odpowiedzialności. Miałam cały system obronny, obwarowania i fosy konieczne do przeżycia. Nauczyłam się tak postępować, aby nie wytrącać jej ze stanu “spokoju”, który dawał mi wytchnienie. Tak, zrozumie to tylko ten, kto to przeżył, kto doświadczył siły, która jest ślepa i bezlitosna.

Pochylam się teraz nad tą małą dziewczynką, która tak bardzo nie rozumiała tego, czego doświadczała i nie wiedziała co robić, gdzie uciec i kogo prosić o pomoc. Pewnej nocy obudziłam się i poczułam jak wiele krzyku uwięziłam. Co chciałam wykrzyczeć: Przestań! nienawidzę cie! Spójrz na mnie! Zobacz mnie wreszcie! Zobacz jak cierpię!

Co może myśleć dziecko, które czuje nienawiść ze strony swojego rodzica i totalny brak akceptacji, a potem słowa; “kocham cię”? Co czuje dziecko, które jest obarczane winą za zdarzenia, za które nie jest odpowiedzialne? Brak pewności co jest prawdą, a co fałszem,?! Co jest dobre, a co złe?! Kim tak naprawdę jestem, tym kim przedstawia mnie rodzic, czy tym kim czuję się w środku??!! Tak naprawdę nie wiedziałam co czuję, po latach tak skrajnych emocji, byłam zagubiona.

Marzyłam o akceptacji ze strony mamy, zaufaniu i spokoju i o tym, że przestanie mi zamykać usta, żeby nie przypominać jej o jej bólu. Marzyłam o tym, że przestanie mnie wciskać w kostium blond laleczki z gładko uczesanymi włoskami i z wyprasowaną sukienką. Jak ja nienawidzę tego, rzygam tym, bo przez lata dawałam się wcisnąć w kostium obiadków niedzielnych i mszy. Wyjazdów na wakacje z mamusią, bo ona taka biedna i samotna. A gdzie byłam w tym JA!!! Przecież ona miała całe moje dotychczasowe życie. Nawet nie wyjechałam z kraju, bo kto by się nią opiekował. Byłam niewolnikiem bez krat, na własne urojone życzenie. Wyrywałam się z więzienia tylko na chwilę, cieszyłam się wtedy wolnością ale wracałam, nie umiałam już żyć poza nim. Marzyłam o tym, aby ktoś mnie uratował.

Byli rycerze, oj byli. Co jeden to lepszy i bardziej zawoalowany narcysta. I tak, dałam się “uratować” i przez długie lata wierzyłam w to, że to moja bajka. Byłam owinięta siatką kłamstw o sobie i o życiu, które miałam.

Poświęciłam lata aby odzyskać wiarę, że to co czuję, właśnie tym jest. Narcystyczna matka karmiła mnie zaprzeczaniem codziennie, tak skutecznie, że wierzyłam we wszystko, co powiedziała. Uwierzyłam, że jestem nieważna, niedoskonała, niezasługująca, że za mało się staram, za mało daję z siebie, za mało pracuję. Nakręciła moją wewnętrzną sprężynę. Wierząc w to, lgnęłam do toksycznych ludzi jak ćma do światła. A oni do mnie, bo dawałam im tyle opieki, ciepła, miłości i starania w zamian chcąc niewiele. Dostawałam od życia nie to, co chciałam dostać tylko to, co wpadło. Byłam ciągle kopana w tyłek, w pracy, w rodzinie, w życiu. Płakałam, bo byłam taka dobra, pomagałam wszystkim, poświęcałam się, nie stawiałam żadnych granic, robiłam to co chcieli inni, wierząc, że jeśli ich zadowolę spotkam z ich strony miłość i akceptację. Tak na prawdę, nie wiedziałam co to miłość, definicje uczucia miałam wymieszane w głowie, to czego doświadczyłam mieszało się, z tym co widziałam na ulicy, czytałam i oglądałam. Moje serce miało jakieś pragnienia i potrzeby ale nie potrafiłam ich odczytać. Tylko kiedy zamknęłam oczy, widziałam siebie szczęśliwą. W świecie realnym akceptowałam poniżanie i wyśmiewanie, wykorzystywanie myśląc WOW zauważono mnie jest dobrze, jak tylko pokaże jakie mam złote serce spłynie na mnie rzeka dobroci. Tylko ona nie przychodziła…

Różne

Odrzucenie

Kiedy myślę “odrzucenie” czuję dreszcz na całym ciele, tak wiele było go w moim życiu. Krok po kroku przyglądałam się sytuacjom i emocjom, które przyciągnęłam do swojego życia i uwalniam siebie. Wiem, że byłam odrzucana, dlatego, że sama odrzuciłam siebie i wiem też, że moja dusza dąży do integracji i do czasu, kiedy nie opłaczę tego odrzucenia i nie spotkam się z cieniem, będę odtwarzała traumę z dzieciństwa. Niemniej, boli jak cholera. Dziś spotkaliśmy się znowu, poczułam znajomy smutek w sercu.

Czym jest moje odrzucenie, jest matką, która mimo starań nijak nie umie kochać, która na tyle jest w rozsypce, że nie potrafi okazać swojej maleńkiej córeczce uwagi i miłości, której ta mała dziecina potrzebuje, aby żyć. Z odrzuceniem spotyka się miłość bezwarunkowa dziecka, które wie, że matka jest jego całym światem, początkiem i końcem, życiem i śmiercią. To pierwotne odrzucenie, które czułam od samego początku będąc córką narcystycznej matki, położyło cień na moje całe życie.

 

Dziś wiem, że dzięki temu urosłam i przebudziłam się, ale będąc małą dziewczynką, czy nastolatką moja prawda była zupełnie inna. Nawet teraz, pisząc te słowa, mam ochotę uciec od tych emocji, odwrócić głowę i powiedzieć, że nie było tak źle. Niestety dla mnie było źle, czułam się niekochana i odrzucana. Myślałam o śmierci. Chciałam zniknąć, przestać istnieć, żeby ból i smutek, który niosłam w sobie wreszcie się zakończył. Czułam, że moja mama chce ode mnie rzeczy niemożliwej. Cały czas czułam, że to, co daje, jest czymś niewystarczającym, jest za mało i nie tak. Moja mama chciała zapełnić swoją pustkę, mną. Wierzyła, że moje dostosowanie do jej potrzeb spowoduje, że nie będzie czuła swojego bólu. Wierzyła, że moja miłość w magiczny sposób naprawi to, co połamane.

Swoim zachowaniem pokazywałam mamie jak bardzo czuję się odrzucona, wliczam w to również nieporadną próbę samobójstwa. Jednak narcysta odbiera takie akty zupełnie opacznie, myśli, że to kolejny atak na niego, że to on jest ofiarą i tym, o którego trzeba zadbać. Kolejny raz mój wewnętrzny krytyk powiedział “jesteś do dupy”, “zmień się”. Kolejny raz to była MOJA wina, to JA miałam naprawić siebie, żeby nie drażnić mamy.

Moje dzieciństwo było dla mnie, na tyle nie do zniesienia, że wymyśliłam strategię przetrwania. Oddałam mojej mamie swoje ciało, które tak bardzo chciała ubierać w piękne sukienki, czesać, chciała, aby było idealne, grzeczne, uśmiechnięte i niesprawiające kłopotów, sztuczne. Dałam jej to w imię miłości i z nadzieją, że da nam to szczęście. Niestety, szczęścia nie było. Moja mama nadal była niezadowolona, a ja się pogubiłam. Nie wiedziałam, kim jestem, a kim nie. Nie wiedziałam, czego chcę. Byłam coraz bardziej nieszczęśliwa. Kiedy udawało mi się być poza jej kontrolą robiłam wiele szalonych rzeczy, chciałam, choć na moment zachłysnąć się życiem.

Z perspektywy, najsmutniejsze dla mnie było to, że traktowałam swoje ciało przedmiotowo i używałam go, aby zadowalać innych. Myślałam, że można zdobyć miłość sprzedając siebie i zapominając o swoich potrzebach. Pozwalałam mężczyznom na chamski żart, na poniżanie, na dotyk. Dopuściłam się nawet brania narkotyków, po to, aby uzyskać aprobatę. Jak obłąkana szukałam miłości, byłam pewna, że nie przeżyję kolejnego odrzucenia. Jednak to, czego się dopuszczałam bolało jeszcze bardziej. Nienawidziłam SIEBIE, miałam uruchomiony program AUTODESTRUKCJA, który zżerał mnie od środka.

Z biegiem lat, mój cień dopadał mnie coraz dotkliwiej, nie pozwalał się już spychać do odległych czeluści podświadomości. Obudziłam się…

Różne

Matka

Chcę się podzielić czymś bardzo osobistym wręcz ekshibicjonistycznym, a mianowicie relacją z matką. Urodziłam się w domu gdzie niepodzielnie panowała nacystka, więc musiałam znaleźć strategię przeżycia w tym klimacie. Wymyśliłam sobie strategię, do której tak przylgnęłam, że nie potrafiłam jej zmienić ani jako nastolatka, ani jako dorosła kobieta. Dopiero z przyjściem na świat moich dzieci zaczęłam czuć taką niewygodę i dyskomfort, ze powoli docierałam do punktu “zmiana”.

Moje życie było obarczone lepkim i toksycznym poczuciem winy, które nie opuszczało mnie ani na chwilę. Miałam na sobie piętno złej córki, która jest niedoskonała, niewystarczająca i ciągle narzekająca na matkę. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, byłam bardzo nieszczęśliwa i smutna, krzyczałam na moją mamę ale nie wiedziałam dlaczego, skąd i o co mi chodzi! A ta moja niewiedza była bardzo szybko wykorzystana, dostałam kolejną porcję poczucia winy, że robię awanturę nie wiadomo o co, a moja mama jest tak dobra i mi wybacza. Muszę tylko okazać skruchę podporządkować się i zapomnieć o swojej wizji życia.

Ten scenariusz był czymś stały w moim życiu, praktycznie żadnych zmiennych. Jak tylko próbowałam się uniezależnić, dostawałam porcję dezaprobaty i niezadowolenia, co budziło we mnie ogromną falę frustracji i wściekłości, jednak kiedy spotykałam się z łzami mojej mamy i informacją przecież ja cię kocham i robię to dla twojego dobra, mój akt samoobrony stawał się czymś strasznym, czymś co robi zła córka, niewdzięczna i niedobra. Więc wycofywałam się, chowałam się, zapominałam o sobie i wracałam do spełniania oczekiwań mamy. I tak przez lata….

Od lat wiem, że chcę prowadzić blog ale tak na prawdę nigdy nie wiedziałam o czym mogłabym pisać. Iskrą była moja przyjaciółka, która zderzyła się z siła mojej mamy, poczuła i zrozumiała jak wielkim wysiłkiem dla mnie musi być wyjście z tak toksycznej i trudnej relacji. I pisząc to myślę o córkach, które nie wiedzą jak wyjść, które nie spotkały na swojej drodze anioła, który pokazał im drogę wyjścia, drogę do siebie i wolności.