Toksyczne dzieciństwoToksyczne związki

Jordan – historia wielu kobiet

 

Kiedy usiadłam na teatralnym krześle nie miałam pojęcia co za chwilę zobaczę. Już pierwsze słowa porwały mnie do świata Shirley. Poznałam ten specyficzny rodzaj narracji, te gwałtowne zmiany nastroju. Słuchając jej, czułam cały bagaż tej kobiety, było w nim tak wiele cierpienia, bólu, samotności i odrzucenia, a przede wszystkim ogromny głód miłości.

 

 

 

Tak wiele kobiet mogłoby podpisać się pod dramatyczną historią Shirley. Nie twierdzę, że każda zraniona kobieta jest zdolna zabić swoje dziecko. Nie. Jednak każda zraniona i niekochana kobieta, desperacko chce przestać cierpieć.

 

Szczególnie, że najczęściej ten ból jest efektem przemocy doświadczonej już w dzieciństwie. Często jeżeli ból jest z nami od lat, chcemy po prostu o nim zapomnieć, zgubić go. Wtedy jesteśmy podatne na rozwiązania, które jedno po drugim przynoszą jeszcze większy ból i destrukcję naszego życia.

W historii Shirley widać jak głęboko odcięta jest od siebie, tego co czuje i czego potrzebuje w życiu oraz jak bardzo świat marzeń jest jej ukojeniem i bezpiecznym azylem. W jej wewnętrznym dialogu słychać toksyczny głos, który nie daje jej wsparcia i szansy na miłość i zatroszczenie się o siebie. Co jest efektem przemocy jakiej doświadczyła w swoim życiu. Kiedy Shirley, jako dziecko kształtowała swój obraz świata jej doświadczenia nauczyły ją, że miłość to przemoc, ból oraz brak szacunku.

 

 

 

To spowodowało, że nie potrafiła odnaleźć w swoim życiu zdrowej bliskości, wsparcia, ciepła i akceptacji. Dlatego też z taką siłą przylgnęła do Dave’a, który wykorzystując jej dziecięcą ufność wplątał ją w relacje, która początkowo słodka z czasem zamieniła się w potworną gorycz.

 

 

 

Shirley nie znając innego życia nie potrafiła odejść, pozostała przy mężczyźnie, który każdego dnia niszczył ją i wpychał jeszcze głębiej w ramiona zagubienia i emocjonalnej śmierci.

 

Pojawienie się Jordan’a obudziło w Shirley iskrę miłości, która wspierana mogłaby przerodzić się w jej nowe życie. Niestety pojawia się Dave, który w swojej niepohamowanej potrzebie niszczenia chce odebrać Shirley dziecko, ponieważ ma świadomość tego, że ta miłość jest jej ostatnia szansą na odbudowanie jej życia. Jednak tak się nie dzieje ponieważ nikt, ani policja, ani pomoc społeczna nie widzą kim naprawdę jest Dave.

 

Nie rozumieją, że gdyby dali szansę Shirley otaczając ją opieką i wsparciem, jej instynkt macierzyński i miłość jaką darzyła swojego syna, dałyby jej siłę do powstania i złapania życiowej równowagi.

 

 

 

Uwierzyli w słodkie słówka i gładką powierzchowność Dave’a, który omotał ich tak samo jak zrobił to wcześniej z Shirley.

„Jordan” głęboka i wzruszająca historia, która pokazuje jak bardzo jako ludzie odeszliśmy od kontaktu z emocjami i swoim wnętrzem. Życie Shirley pełne dramatu, odrzucenia, pustki i braku zrozumienia, mogło być zupełnie inne, gdyby otrzymała to wszystko, co było jej potrzebne do zbudowania miłości w sobie.

 

Ogromnie dziękuję Dorocie Landowskiej oraz Zuzannie Bernat za wrażliwość, serce i pełne oddanie dramatu Shirley.

Zdjęcia: Damian Hornet

 

Różne

Wstyd

Czuję w ciele znany mi dobrze ból, więc siadam do pisania. Słowa są dla mnie ratunkiem, potrafią przekazać to, co woła o uwagę, to terapia. Dzisiaj przyszedł czas na toksyczny wstyd. Każdy, kto żył w cieniu narcystycznego rodzica ma w żyłach wstyd zamiast krwi.

Dlaczego, bo to jedzenie, którym narcysta karmi swoje dziecko, aby siedziało cicho, aby nie budziło jego ran. Każda próba bycia sobą, każde wołanie o uwagę o emocjonalne zaangażowanie, akceptację i miłość jest dorzucone – ponieważ ona nie ma w sobie miłości, którą mogłaby się podzielić. Toksyczny wstyd zaaplikowany w dzieciństwie nie znika, nie odchodzi ot tak, dotkliwie naznacza każdą relację.

W mojej głowie słyszę zdanie: Czego Ty jeszcze ode mnie chcesz?
Mam przestać chcieć, nie wolno mi chcieć. Mam brać to, co matka daje i nie marudzić, nie mieć zastrzeżeń. Uwierzyłam tak głęboko w to zdanie, że właśnie tak postępowałam. To spowodowało, że czułam ogromną pustkę, wieczny głód, bo nawet jak mogłam w życiu decydować o tym, co mogę wziąć, kupić, poprosić – nie robiłam tego. Czekałam na decyzję kogoś innego. Nie wiedziałam, czego tak na prawdę potrzebuje, brałam to, co pod ręką, stąd ta mania kupowania, wrzucałam produkty do koszyka, nieważne, co liczyło się tylko zapełnienie tej cholernej pustki, która boli.

Każde dziecko ma prawo dostać od matki miłość, ciepło emocjonalne, współczucie i akceptacje. Żadne dziecko nie powinno być karane za to, że tego potrzebuje. Nie powinno być obgadywane, wyśmiewane, wyszydzane za to, że potrzebuje miłości. Podstawowym obowiązkiem rodzica jest miłość do powołanego przez siebie do życia dziecka.

Jak się okazało za tak wysoki poziom toksycznego wstydu mogę podziękować nie tylko mamie, ale również i babci, która z założenia miała się mną troskliwie opiekować. Szkoda tylko, że mnie biła nie radząc sobie z moją tęsknotą za miłością i ciekawością małego dziecka. Ona chciała mieć spokój, a ja według niej na złość miałam milion potrzeb. A matka uciekała w pracę, fundując córce to, co sama znała z dzieciństwa. Zamknięte koło nienawiści.

Przez całe życie wiedziałam, że nie jestem kimś wartościowym, wiedziałam, że niczego nie osiągnę, więc nawet się nie starałam, a nawet jak pomimo braku starań coś mi wychodziło to udawałam, że tego nie ma. Tak bardzo nie umiałam zobaczy w tym kłamstwa i manipulacji. Totalny brak poczucia bezpieczeństwa więził mnie w starych przekonaniach odbierając siłę do wyjścia.

Otaczałam się ludźmi, którzy mi to potwierdzali, którzy byli tak samo zamknięci emocjonalnie i niedostępni jak ona. Każde odrzucenie było potwierdzeniem prawdy zaprogramowanej we mnie. Mój wstyd nabierał mocy z każdym odrzuceniem i każdą krytyką.

 

Moje ciało walczy ze sobą przeciąga linę pomiędzy uda jej się czy polegnie, a sędzią jest ona, moja matka. Kogo mam wybrać siebie, czy ją? Jeśli wybiorę siebie oznacza to, że zasługuję na miłość i chcę się nauczyć ją sobie dawać, jeśli wybiorę matkę oznacza to, że moje cierpienie będzie trwać. Niby wiem.

Każdorazowy wybór mojej własnej drogi budzi toksyczny wstyd. Z tyłu głowy pojawia się wątpliwość czy mam do tego prawo, czy wolno mi zaspokoić swoją potrzebę? Wybieram i patrzę w twarz odrzuceniu, słucham jego nienawistnych podszeptów. Robię kolejny krok.

Kiedy tulą mnie kochające ramiona czasami jest mi trudno w nich pozostać, czasami nie umiem przyjąć miłości. Kochający człowiek jest zagadką, którą uczę się rozwiązywać.

Różne

Boskie cierpienie

Tak bardzo nienawidziłam swojego życia w cierpieniu. Ciągły smutek i ciągłe udawanie szczęścia. Nie pamiętam chwil radości. Wiem, że były, ale mój smutek zasłonił je wszystkie.

Kiedy dotykałam tego, co boli, wylewało się strumieniami i wiele razy myślałam o sobie, że pozostanę na zawsze smutna, pozbawiona radości do życia. Jednocześnie, nie dostrzegałam, że mój wewnętrzny pęd do zmiany, był właśnie tą radością.
Byłam skupiona na moich oprawcach i zawzięcie się ich trzymałam. Od czasu do czasu kąsałam ich z nadzieją, że w końcu zobaczą tą biedną skrzywdzoną istotę – ofiarę ich działań. Nie chciałam się przyznać przed sobą, że cały czas tkwiłam w nadziei, że to oni się zmienią, bo część mnie wiedziała, że ta nadzieja jest płonna i złudna. Jednak stojąc na rozdrożu, moja twarz nadal była zwrócona ku temu, co było. Rządziło mną moje wewnętrzne dziecko, które upierało się, że nie będzie nic ze sobą robić, nie pójdzie do pracy, nie zadba o siebie, nie będzie siebie kochać, nie dorośnie. Pozostanie w iluzji, że życie jest białe, piękne i dobre. Pozostanie w iluzji, że tylko dobre rzeczy mają się zdarzać w życiu i tylko one mają wartość. I właśnie, dlatego, nie mogłam dopuścić do siebie wartości, które niosły moje traumy i zmagania, bo zobaczyłabym, że to ja sama dla siebie byłam katem, zmuszając siebie do pozostania kilkanaście lat w związku, w którym nie było miłości. Do codziennego kontaktowania się z matką, która nie miała miłości dla mnie.

Większość frustracji i nienawiści, która drzemała we mnie, to była moja własna nienawiść do siebie. Za to, że porzuciłam siebie, zapomniałam, zaniedbałam, opuściłam dla życia w iluzji! Za to, że brałam prawdy innych ludzi za swoje i sprzedawałam siebie za drobne. Za to, że stawiałam ludzi na piedestale niczym bogów, jadłam ich prawdy z ręki i całowałam stopy. A wszystko to robiłam, ponieważ nie chciałam wyjść z cienia i zademonstrować swojej siły.

Wiem, byłam dzieckiem i potrzebowałam mechanizmu obronnego i strategii na przetrwanie. Jednak pomimo tego, że dorosłam i byłam zdrową kobietą robiłam to nadal szukając winy dookoła.

Wybaczyłam sobie i wybaczyłam im. Każdy reagował i działał ze swojej głębokiej rany. Każdy z nas cierpiał, bo zabrakło miłości i ciepła. Odtąd żyję dla siebie, z ludźmi, którzy są świadomi i gotowi brać odpowiedzialność za siebie.

Czym było moje cierpienie? Dlaczego cierpiałam, czy mogłam go uniknąć?
Patrzę na tu i teraz. Moje ciało, dusza i mój materialny wymiar. Urodziłam się w łonie narcystycznej matki. Mój ojciec, który dał mi namiastkę miłości, był ze mną bardzo krótko. Tylko ja byłam przy jego śmierci, mając zaledwie jedenaście lat. Kiedy odszedł, pozostałam w domu z dwójką narcystów, którzy brali miłość, a ja ćwiczyłam się w dawaniu. Dawałam długo, ponieważ wierzyłam, że mój brak miłości zostanie uzupełniony przez innych. Powtarzałam swoje cierpienie nie widząc drogi wyjścia.

I tu zauważam sens mojego doświadczenia i mojego powołania. Cierpienie wyćwiczyło moje serce. Strach zahartował mojego ducha. Nie byłabym tą osobą, gdyby nie cierpienie. Nie miałabym w sobie tyle miłości, jeśli nie poczułabym jej braku. Nie byłabym tak odważna, gdybym nie poczuła w sobie śmiertelnego przerażenia! Może to jest okrutne, ale jest też dla mnie przejawem miłości bożej. Jestem kimś wyjątkowym, kto potrafi pomóc innym, którzy cierpieli podobnie do mnie. Mam w sobie odwagę, aby pisać o krzywdzie wyrządzanej przez matki, które nie potrafią kochać. Mam siłę, aby bronić słabych i skrzywdzonych.

Widzę w człowieku miłość pomimo tego, że jest ona ukryta i potrafię odnaleźć do niej drogę.
Tak, czuję się osobą wybraną, tak czuję, że to, co kiedyś było nie do zniesienia, ma ogromną wartość. I im bardziej kocham to cierpienie w sobie, tym więcej znajduję miłości do siebie, świata i ludzi. Tak, każda moja trauma była mi potrzeba i przyszła w dobrym czasie, jeżeli teraz mogę ocalić, choć jedną osobę, jeżeli teraz mogę zaświecić radość w jednym sercu. Tak to wszystko miało i ma wielki sens.

Różne

Ja

Cała drżę z emocji, jest ich wiele więcej niż reakcji bliskich na moją prawdę. Właśnie minęły urodziny mojego syna i poczułam kolejną falę odrzucenia. Byli bliscy, ale nie z rodziny, były życzenia, ale nie od tych, z którymi związana jestem ciałem i krwią. Zamykam oczy i widzę ich jak stoją złowrogo patrzą na mnie, a ja jeszcze trochę przestraszona z moją prawdą na ustach. Tyle było tajemnic, tyle było smutku, tyle było niezrozumienia.

Co chcę powiedzieć?! Jest mi przykro, że nie ma Was obok mnie, jest mi bardzo przykro. Od urodzenia żyłam wizją wspaniałej rodziny, która kocha się pomimo różnic. Od zawsze płakałam na amerykańskich produkcjach familijnych, kiedy pokolenia siadają do wspólnego stołu. I o ironio!! Tworzę trzy osobową rodzinę, matka, córka i syn.

Tak, sama to sobie zrobiłam, zgadza się. To ja sama powiedziałam moim bliskim DOŚĆ. Nie chcę być traktowana jak głupia blond dziewczyna, mając 40 lat. Mam dość wyśmiewania, wchodzenia w moje życie, obgadywania i BRAKU EMPATII, mam dość sztucznych spotkań z przyklejonym uśmiechem. Dlaczego nie byłam akceptowalna – powodów było milion, bo za bardzo natchniona, bo za głupia albo za egzaltowana, bo nie pracuje, bo za mało zarabia, bo nie wie, co to życie. I tak akceptowałam to przez prawie czterdzieści lat. Aż tu spotkałam swoją świętą złość, potężną falę frustracji, nienawiść i złości. BASTAAAAAAA wykrzyczałam sobie i światu. Dziś jest ten dzień, kiedy pokaże siebie prawdziwą.

Ściągnęłam fartuszek prowincjonalnej gąski, to przecież nie ja. Jestem dobra, miłościwa i cierpliwa, ale tylko dla tych, którzy i dla mnie tacy są. Założyłam spodnie i glany, aby afirmować budzącą się siłę i przeklinam siarczyście, aby przełamać kolor włosów. Dlaczego to piszę, teraz, kiedy przekułam to w siłę, teraz, kiedy wypłakałam morze łez, podczas nieprzespanych nocy, teraz, kiedy wykrzyczałam całą frustrację?! Bo chcę powiedzieć swoją prawdę, bo nie chcę milczeć i udawać, że byłam szczęśliwa. Tak pogubiłam się, myślałam, że jak będę sprzedawać siebie to zasłużę na miłość, wierzyłam, że jak będę na każde zawołanie to będę ukochaną siostrą i ciocią i córką. Jednak moje ciało pokazało mi, że to nie ta droga prowadzi to spełnienia.

Spełnieniem jestem ja bez cenzury, spełnieniem jestem ja bez hamulca. A taka wersja mnie chce szczerych i swobodnych relacji, chce prawdy i miłości. Jest czasami bezkompromisowa i silna. I czasami odcina gangrenę, aby dać przestrzeń na nową relację, na nową miłość. Choć ta potrzebuje czasu, czasami bardzo dużo czasu. Jestem cierpliwa i pełna wiary, ale już nie naiwności!

Samotność to nie ja, mam bliskich, mam ramiona, na których płaczę, kiedy odkrywam wyspę smutku i strachu. Mam usta, które wspierają i mówią – dasz radę i jest ich coraz więcej.

Spełniam swoje marzenie o silnej i dojrzałej kobiecie we mnie. Przyglądam się sobie codziennie w lustrze i czasami nieśmiało wątpię, to na prawdę ja?! Zrozumiałam, że dojrzałość to wiele smaków od słodkości po gorycz. Zrozumiałam, że dojrzałość to bycie swoim rodzicem, który kocha i czule dba o swoje dziecko, ale również gorliwie dopinguje do pracy i stawia zadania. I jestem nim każdego dnia przełamując to, czego nauczyłam się w przeszłości, każdego dnia krok do przodu.

Różne

Zobacz mnie

Moje życie podzielone pomiędzy dwóch narcystów. Zastanawiam się, który kawałek był łatwiejszy?! Żaden. Z moją mamą ciągłe występy sceniczne, ona w roli głównej, rządająca ciągłej uwagi i oklasków. Manipulująca rzeczywistością i mną tak, aby pozostać na scenie, a mnie przydzielić do ponoszenia odpowiedzialności za to, co zrobiła. Kiedy tylko ja zaczynałam krzyczeć i prosić o bycie zauważoną dostawałam zaprzeczenie swoich uczuć. Pamiętam siebie z tamtego czasu mój ból i smutek. Byłam tak bardzo sfrustrowana obwinianiem siebie, byłam tak wewnętrznie poraniona i przerażona. A drugi etap, przeżyłam inaczej. Początkowo dramatycznie, a potem już coraz ciszej, coraz większa uległość i wycofanie. I brak nadziei na zmianę. Ciągła droga ku perfekcyjnej pani domu. To były lata spalania się, lata emocjonalnego terroru dla jednego zdania Tak córko WIDZĘ CIĘ i KOCHAM.

Idę ulicą i myślę, chcę umrzeć teraz, chcę po prostu się przewrócić i już. Czuję takie potworne zmęczenie, pustkę i totalny brak siły, aby żyć. Oddałam im wszystko i jestem sama. Doświadczyłam tego czego tak bardzo się bałam – odrzucenia, pominięcia i bycia niechcianą. Sparaliżowana strachem mam nauczyć się żyć na nowo. Nauczyć się, jak być sobą, jak widzieć siebie, jak kochać siebie. Teraz sama mam doświadczyć codzienności bez dbania o samopoczucie innych.

Jest mi trudno zobaczyć to, czego doświadczyłam, bo tak wiele wysiłku wkładałam w to, żeby nie widzieć. Wymazywałam z pamięci sytuacje, w których powinnam postawić granice, powinnam zadbać o siebie, krzyknąć. A ja uciekałam do swojej skorupy, skrzywdzona i bierna. Nie walczyłam, bo czułam, że nie warto próbować, że mi się nie należy, że grzeczna dziewczynka nie robi takich rzeczy, idealna żona i córka akceptuje i zbiera się i daje radę.

Kiedy byłam w liceum to był czas, kiedy powiedziałam dość, NIE. Założyłam glany, pofarbowałam włosy i piłam wino z gwinta. Próbowałam desperacko stać się zła, brzydka inna niż Ona. Trochę lat to trwało, ale słabło z każdym rokiem i poległo w momencie, kiedy spotkałam drugiego narcystę i się w nim szaleńczo zakochałam. Postawiłam go na piedestale, głęboko wierzyłam, że jest księciem na białym koniu i wygraną na loterii. I robiłam wszystko, aby utrzymać ten stan świadomości. Jakiekolwiek sygnały, zdarzenia, słowa, emocje, które mogłyby świadczyć o tym, że jednak jest inaczej, że może jednak jest nieobecny emocjonalnie i tak jak matka zaprzecza temu, co czuję i zawsze ma rację, były wypierane. Ja osoba zależna, on narcysta – idealnie dobrana para. Kiedy chciałam odejść on pakował mi walizki, a ja myślałam, że umrę jak odejdę i zostawałam. Płakałam, kiedy mnie odrzucał, wpadałam w czarną rozpacz i najgłębszą jej otchłań, a on spał spokojnie albo mówił, że to ja mam problem i mam zadzwonić do przyjaciółki.

Kolejna osoba, która utwierdzała mnie w poczuciu, że to ja jestem nienormalna i to ja mam coś nie tak w głowie skoro ciągle czuję się nieszczęśliwa. Po kilku latach pomyślałam, że może dziecko spowoduje, że będę nareszcie szczęśliwa, że spełnię się, że będę nareszcie kochana i ta jedyna idealna. Tak, pomogło na chwilę, na moment zapomniałam, zajęłam się maleństwem i zdusiłam to, co czułam. Przyszedł czas na drugie dziecko i wtedy się zaczęło. Mój dyskomfort i to, co siedziało w środku bulgotało z nieznośną intensywnością i nie pozwalało się zdusić. Pomimo moich wielkich starań i prób spychania, ciało nie słuchało i bolało coraz bardziej. Czułam, że potrzebuję zmiany. I zmiana przyszła nakręcała się powoli.

Różne

Córka

Życie z narcystyczną, czy niekochającą matką, to dla mnie, jak życie narkomana czy alkoholika. Ja to uzależniona, a matka to narkotyk. W naszej relacji dominowały skrajne emocje, dramatyczne odejścia i powroty, manipulacje, poczucie winy i toksyczny wstyd, a to wszystko było skropione czasem spokoju, kiedy żyłam nadzieją, że mi “przejdzie” i wreszcie docenię moją matkę i będziemy żyły długo i szczęśliwie.

Czytałam książki i uczestniczyłam w kursach, które miały mnie nawrócić i uświadomić. Na rozum, wiedziałam wszystko, tak to jest moje życie, to ja ustalam zasady, to ja jestem dorosła i mogę decydować o swoim życiu. Niby tak, tylko, dlaczego popełniałam te same błędy, dlaczego nie potrafiłam kochać kogoś, kto odwzajemniał moje uczucia, tylko wpadałam w relacje współuzależniające, czyli takie, które mnie nie karmiły.

Bardzo długą drogę przeszłam od świadomości, że coś jest nie tak, do rzeczywistego uznania moich ran i krzywd. Opierałam się przed tym z całych moich sił. Tak bardzo wierzyłam, w to, że to ja jestem problemem, że to ja mam się zmienić i naprawić. Działo się tak, dlatego, że nie potrafiłam powiązać poplątanych sznureczków, których początek mogłam odnaleźć jedynie w dzieciństwie. A ja przecież nic nie pamiętałam, poza kilkoma scenami z tatą.

Dorastając w Polsce chłonęłam poczucie, że matkę trzeba szanować i kochać, a córka ma być pokorna i grzeczna i właśnie z tymi przekonaniami na ustach, rozpoczęłam pracę nad sobą. Nie chciałam się doszukać winy w mojej mamie, szukałam przyczyny w sobie. Szukałam w sobie uchybień, ułomności i wad, które mnie doprowadziły do bycia złą córką, a później złą matką i żoną. W swojej świadomości w żadnej z tych ról nie byłam dobra. Początek mojej zmiany był obarczony ogromnym poczuciem winy, w głowie słyszałam tylko zmień siebie, a świat będzie piękny.

Jedna z książek, z którymi pracowałam przyniosła mi pytanie:, Czego wstydzę się najbardziej? Wstydzę się, że jestem złą córką. Aby przełamać swój wstyd, przeczytałam to swojej przyjaciółce, a jej reakcja na to, co usłyszała była dla mnie zaskoczeniem. Ona powiedziała, że nie zna lepszej córki ode mnie. Wymieniła mi, co robię dla swojej mamy i jak bardzo ją wspieram i się o nią troszczę. Zamarłam w bezruchu i osłupieniu. Nie wiedziałam, co powiedzieć, zalałam się łzami. Bycie złą córką było moją tożsamością, a ona to zakwestionowała. To tak, jakby ktoś odebrał mi sens mojego życia. Był to bardzo ważny moment mojego życia, ziarno zostało zasiane i zaczęło kiełkować.

Zaczęłam wiązać sznureczki i rozwiązywać największą zagadkę swojego życia. Zaczęłam rozumieć swoje reakcje, swoje emocje. Dotychczas uważane za bezpodstawne, teraz coraz bardziej adekwatne do sytuacji. Zobaczyłam jak bardzo ukryta była przemoc emocjonalna, której doświadczyłam. W pewnym momencie dotarło do mnie, że komunikacja to w 20% słowa, a pozostałe 80% to komunikat pozawerbalny. I to było to, te 80% sygnałów, które odbierałam, torturowały moje ciało i duszę.

To były moje stopery, które nie pozwalały być sobą. Wzrok, mina, czasem słowo i byłam pozamiatana. Nic nie zmienił fakt, że ja dorosłam i założyłam rodzinę. Borykałam się z tym przy każdym kontakcie. Byłam coraz bardziej przygnieciona tymi zachowaniami, bo nie znajdowałam już w sobie siły, żeby przechodzić nad tym do porządku. Moja frustracja wzrastała też w związku z tym, że nic, nie działało. Wyznaczałam granice, które były łamane. Komunikowałam swoje potrzeby, które były pomijane. Dostawałam jeszcze bardziej zawoalowaną przemoc emocjonalną. Czułam, że potrzebuję czasu dla siebie, czułam, że aby wyleczyć swoje rany muszę dać sobie wolność. I stało się, odważyłam się, stałam się dla siebie matką i opiekunką, postawiłam radykalną granicę, zerwałam kontakt z mamą.

Z moich marzeń o matce tli się we mnie jeszcze, że usłyszę jej akceptację dla mnie i mojego życia.

Różne

Miłość

Jako nastolatka wielokrotnie, a właściwie stale dotykałam przekonania “nie umiem kochać” Wszechświat przysyłał mi mnóstwo sytuacji, które to potwierdzały. Prawa przyciągania nie da się oszukać 🙂 Niezadowolenie i frustracja mojej mamy była pierwszym i najsilniejszym potwierdzeniem, drugim potwierdzeniem były moje związki z chłopakami, które kończyły się krótko, po tym jak się zaczęły. A trzecim potwierdzeniem było niezadowolenie i nieustająca krytyka mojego rodzeństwa. To wszytko powodowało, że byłam koktajlem toksycznego wstydu, poczucia winy i totalnego braku miłości do siebie.

Mój wewnętrzny krytyk lub sabotażysta szalał, gadał jak najęty, jaka beznadziejna jestem i ile rzeczy mam w sobie zmienić, żeby w końcu zasłużyć na miłość, która była dla mnie jak raj obiecany, jak wyspa wiecznej szczęśliwości. Ta wizja była tak mglista i odległa, że aż nierealna i nieosiągalna. Dlaczego? Bo brałam całą winę na swoje barki, uważałam, że to, co słyszę o sobie jest prawdą i tylko prawdą. Ktokolwiek by mnie nie skrytykował brałam to do serca i rozdzierałam je jeszcze bardziej. Żyłam w programie “naprawię siebie, żeby zasłużyć na miłość”, a każde moje potknięcie oddalało mnie od celu, od spełnienia. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że może być inaczej, że wina może nie do końca jest tylko po mojej stronie.

 

Pamiętam awantury z mamą, wywołane moimi aktami niezależności tudzież aktami zawalczenia o siebie. To były fale tak potwornych emocji, ja płonęłam od frustracji i braku zgody, to było jak huragan, jak niszczycielska siła, która przechodziła przez moje ciało i burzyła wszystko. Był przeraźliwy krzyk, łzy i wołanie o pomoc. Nie wiedziałam wtedy, że wołałam o pomoc, nie wiedziałam też, dlaczego czuję to, co czuję. Nie potrafiłam znaleźć rozwiązania dla tych powtarzających się rozpaczliwych sytuacji.

Na wtedy, każda z tych kłótni kończyła się tak samo, PRZEPRASZAŁAM, albo wręcz błagam o wybaczenie. Przyduszona obezwładniającym poczuciem winny, że znowu zawiodłam, znowu okazałam się wadliwą beznadziejną i niedoskonałą córką, to był jeden z rodzajów potknięć, które oddalały moją wizję zatopienia się w matczynych ramionach i poczucia miłości bezwarunkowej. Po takich kłótniach pisałam listy, kartki, dawałam prezenty, prezenciki i I played small, grałam słabą, marną istotę, żeby już bardziej nie drażnić mamy, żeby w końcu być bliżej nagrody.

 

Niestety wokół mnie nie było dorosłej osoby, która otwarcie powiedziałaby, że to, co słyszę nie zawsze musi być prawdą, że jestem cudowna i mam wielkie serce. Co najważniejsze, nigdy nie usłyszałam, że mam prawo do swojego zdania. Kiedyś taką osoba był mój tato, kochał mnie bardzo i czułam to, niestety straciłam go bardzo szybko i pozostałam sama.

Podczas jednej z sesji terapeutycznych dotknęłam innego przekonania. Zobaczyłam, że miłość jawi mi się, jako więzienie, jako totalna zależność, totalne oddanie i wyparcie siebie.

Moja mama niczym Królowa Śniegu trzymała mnie przy sobie wabiąc słodyczami, czytaj manipulacją, a ja żyłam w przekonaniu, ze bez tych słodyczy umrę, przestanę istnieć. Słodycze to była ta wizja miłości, która miała nadejść, kiedyś tam, kiedy spełnię listę warunków. Alice Miller oświeciła mnie, któregoś dnia informując, że karmiłam się iluzją nazywa to “magiczne myślenie dziecka”. I tak było, nawet wtedy, gdy dorosłam, wierzyłam, że gdzieś tam na drugim końcu świata czeka na mnie moja wyspa, na której spotkam moją mamę, która mnie bezgranicznie i bezwarunkowo kocha. Ta bajka nie ma takiego zakończenia, ma happy end ale zupełnie inny….

Różne

Matka

Chcę się podzielić czymś bardzo osobistym wręcz ekshibicjonistycznym, a mianowicie relacją z matką. Urodziłam się w domu gdzie niepodzielnie panowała nacystka, więc musiałam znaleźć strategię przeżycia w tym klimacie. Wymyśliłam sobie strategię, do której tak przylgnęłam, że nie potrafiłam jej zmienić ani jako nastolatka, ani jako dorosła kobieta. Dopiero z przyjściem na świat moich dzieci zaczęłam czuć taką niewygodę i dyskomfort, ze powoli docierałam do punktu “zmiana”.

Moje życie było obarczone lepkim i toksycznym poczuciem winy, które nie opuszczało mnie ani na chwilę. Miałam na sobie piętno złej córki, która jest niedoskonała, niewystarczająca i ciągle narzekająca na matkę. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, byłam bardzo nieszczęśliwa i smutna, krzyczałam na moją mamę ale nie wiedziałam dlaczego, skąd i o co mi chodzi! A ta moja niewiedza była bardzo szybko wykorzystana, dostałam kolejną porcję poczucia winy, że robię awanturę nie wiadomo o co, a moja mama jest tak dobra i mi wybacza. Muszę tylko okazać skruchę podporządkować się i zapomnieć o swojej wizji życia.

Ten scenariusz był czymś stały w moim życiu, praktycznie żadnych zmiennych. Jak tylko próbowałam się uniezależnić, dostawałam porcję dezaprobaty i niezadowolenia, co budziło we mnie ogromną falę frustracji i wściekłości, jednak kiedy spotykałam się z łzami mojej mamy i informacją przecież ja cię kocham i robię to dla twojego dobra, mój akt samoobrony stawał się czymś strasznym, czymś co robi zła córka, niewdzięczna i niedobra. Więc wycofywałam się, chowałam się, zapominałam o sobie i wracałam do spełniania oczekiwań mamy. I tak przez lata….

Od lat wiem, że chcę prowadzić blog ale tak na prawdę nigdy nie wiedziałam o czym mogłabym pisać. Iskrą była moja przyjaciółka, która zderzyła się z siła mojej mamy, poczuła i zrozumiała jak wielkim wysiłkiem dla mnie musi być wyjście z tak toksycznej i trudnej relacji. I pisząc to myślę o córkach, które nie wiedzą jak wyjść, które nie spotkały na swojej drodze anioła, który pokazał im drogę wyjścia, drogę do siebie i wolności.