Przemyślenia

Czy narcyz w nowym związku kocha prawdziwą miłością?

Jest to obawa, z którą boryka się bardzo wiele kobiet, które zostają porzucone przez narcystycznego partnera lub same odchodzą. Rozmyślamy o tym, co może dostać nowa partnerka co nie było nam dane oraz o tym, że narcyz może się zmienić dla niej i być ciepłym i kochającym mężczyzną.

Takie myśli bardzo bolą są również bardzo prawdziwe i nie umniejsza tym uczuciom fakt, że dotyczą kogoś kto okazał się być nieczuły i używał manipulacji i kłamstw do kontrolowania nas i swojego wizerunku.

Najczęściej dzieje się tak, że po kilku chwilach takich rozważań zaczynamy myśleć o sobie jeszcze gorzej niż dotychczas, zaczynamy obwiniać się o rozpad i kształt tego związku. Zaczynam myśleć, że nie umiałam kochać, nie umiałam stworzyć odpowiednich warunków do rozwoju tego związku, za mało się starałam albo źle to robiłam.

Takie myśli są efektem tych ciągłych manipulacji i racjonalizacji, wmawiania Tobie, że to Twoja wina. Po latach trudno ot tak zmienić ten schemat. Potrzebujesz czasu i zaopiekowania się sobą, aby zacząć wierzyć sobie.

Bardzo często osoba o zaburzeniach narcystycznych po zakończeniu relacji próbuje wszystkim udowodnić swoją niewinność i pokazać Tobie, że to co mówisz o niej i czujesz nie jest prawdą.
Wejście w nową relację z osobą, która nie ma świadomości z kim ma do czynienia, relacji, która zaczyna się od bombardowania miłością jest dobrym sposobem na osiągnięcie celu.
Owszem Twój były partner wygląda na szczęśliwego pamiętaj proszę, że wynika to z tego, że na ten moment ma przy sobie osobę, która nie jest świadoma tego z kim jest, nie odczuła jeszcze siły odrzucenia narcyza ani jego gier, jest na etapie miesiąca miodowego.

Co może Tobie pomóc to spojrzenie do własnego wnętrza i wyrzucenie bólu jaki jest w Tobie. Proponuję totalną szczerość ze sobą – zobacz, gdzie czujesz się oszukana i wykorzystana?
Pozwól sobie zobaczyć jak bardzo nie chciałaś widzieć znaków ostrzegawczych i z jaką siłą usprawiedliwiałaś jego zachowania?

Zaadresuj też swoją złość, zazdrość, smutek i żal – próbuj zaakceptować każde z uczuć jakie do Ciebie przychodzi, każde z nich jest informacją o tym co się stało i każde mówi też o tym, gdzie nie chciałaś wierzyć sobie, gdzie nie traktowałaś siebie poważnie?

Zdaję sobie sprawę, że spotkanie z prawdą jest trudne czasami myślimy, że wręcz niemożliwe. Rozumiem to. Działaj powoli, małymi krokami, wierzę w Ciebie!

Emocje

Rodzina

Pokazanie siebie, kim na prawdę jestem było dla mnie przełomowym krokiem. Publikując swój pierwszy post nie miałam zielonego pojęcia, co będzie dalej. Miałam nieodpartą potrzebę mówienia do ludzi, powiedzenia mojej prawdy. Było to dla mnie tak naturalne i takie organiczne, że po prostu stało się. Usłyszałam głos: Wilczycą Być i zaczęłam pisać ze środka.

Powiedzenie sobie „tak” było dla mnie wolnością, dzięki temu moja kreatywność rosła, moje działania stawały się coraz odważniejsze, a słowa precyzyjnie odzwierciedlały co czułam. Poznawałam siebie na wielu poziomach, ponieważ konfrontowałam swoją prawdę z całym światem, no może nie aż całym, ale jak dla mnie wystarczająco dużym ???? Mogłam też spełnić wieloletnie marzenie o pracy z ludźmi, o wspieraniu innych w drodze do siebie. Co pięknie dopełnia to, kim jestem.

I ten wątek jest spokojny i harmonijny. Mogłabym tylko dopisać żyła długo i szczęśliwe, jednak moje życie uległo potężnej przemianie.

Decyzja o publikacji pociągnęła za sobą konsekwencje, ponieważ jestem częścią pewnego układu i pewnej rodziny. Rodziny, która ma swoje niewypowiedziane tajemnice, które wiszą w powietrzu, ale nikt nie ma odwagi ich dotknąć i poruszyć. I przychodzą mi na myśl nasze spotkania podczas których, nikt nigdy głośno nie zapytał. Dlaczego? Dlaczego nie ma w nas prawdy? Dlaczego jesteśmy z tej samej krwi, a tak odlegli i obcy? Przerzucamy grzeczności podszyte pustką.

I pojawiam się ja, mała dziewczynka i jej marzenie o obrońcy. Straciłam tatę, ale nadal wierzyłam, że mając dwóch starszych braci byłam bezpieczna i w dobrych rękach. Wierzyłam, że na nich zawsze mogła liczyć, kiedy życie będzie za trudne, aby je nieść na własnych plecach. I moja naiwność i magiczne myślenie dziecka dało mi nieźle w kość. Rzeczywistość była totalnie inna. Bracia byli, ale nie było tam szacunku, miłości i akceptacji. Nie mogło być skoro dorastaliśmy w domu, w którym nie mówiono tylko spuszczano swoje emocje na kogoś słabszego, kto przyjmował to na siebie i przepraszał. Ja miałam pecha, bo byłam najmłodsza.

Kiedyś zapłakana i zrezygnowana zapytałam mojego brata, kiedy będziesz mnie dobrze traktował? On powiedział, że jak zmądrzeję. Skoro jestem głupia nie zasługuję na szacunek. Każde nasze spotkanie było atakiem w moim kierunku, było obciążeniem mnie za zło tego świata. To ja go irytowałam, rozdrażniałam swoją głupotą, niedojrzałością. Wychodzi to ze mnie dziś, bo tak bardzo mi przykro, że narażałam siebie na te spotkania, że nie potrafiłam zawarczeć i zerwać tak beznadziejnej relacji. Robiłam coś odwrotnego, wracałam z coraz większą empatią i zrozumieniem, aby spróbować kolejny raz.

Cudowny i przerażający moment, w którym po zaakceptowaniu swojej ciemnej natury wykrzyczałam w słuchawkę, że nie chcę mieć takiego brata, że ma wrócić jak będzie dobry. Sama nie wiem jak to dokładnie brzmiało. Ręce mi się trzęsły, serce waliło jak oszalałe. A ja pierwszy raz w życiu puściłam hamulec, puściłam swoją świętojebliwą postawę i wypowiedziałam to, co dudniło głęboko w sercu. Dość!

Po zerwaniu kontaktu z mamą. Po rozejściu się blogu. Po wykrzyczeniu prawdy bratu, zostałam sama. Moje dotychczasowe życie umierało, raczej umarło. Byłam przerażona, załamana i sama nie wiem, co jeszcze. Jednak, byłam prawdziwa. Otaczali mnie cudowni przyjaciele, którzy bardzo mnie wspierali i nadal to robią. Pozostały osoby, które z wielką radością i podziwem przyglądają się temu, co robię. A ja spojrzałam prawdzie w oczy, zmierzyłam się z moją największą iluzją z dzieciństwa, która nazywała się “kochająca się rodzina”. Za tą iluzją stał ogromny strach przed śmiercią, przed samotnością i odrzuceniem. Stało za tym ogromne poczucie winy i toksyczny wstyd. Strach przed karcącymi spojrzeniami, strach przed podniesieniem głowy i powiedzeniem -Tak to ja mówię “nie” kłamstwu, brakowi szacunku, akceptacji i miłości. Tak, wybieram siebie, wybieram życie w prawdzie i miłości. I mam odwagę auuuu.

Strach jest we mnie i czasami zasłania obraz rzeczywistości, czasami zapominam, że jestem bezpieczna tu i teraz. Wracam do dzieciństwa, a wtedy słucham tego zalęknionego dziecka we mnie i daję mu to, czego tak bardzo mi brakowało, miłości.

Mam też w sercu nadzieję, że uda nam się odnaleźć drogę do siebie i przestrzeń na rozmowę.

Emocje

Narodziny

Zaciśnięta szczęki i brzuch to ja i moja prawda uwięziona w ciele. Chcę czasami ją wykrzyczeć w twarz mojej mamie, ale przypominam sobie, że to niszczy przede wszystkim mnie, sieje spustoszenie. Ona każdorazowo odsuwa mój krzyk od siebie i nie słyszy go. Powtarzając w kółko, że mi wybacza i że mnie kocha. A ja wciśnięta jeszcze bardziej w poczucie winy, nie rozumiem jak ona może w to wierzyć. Przecież ona NIE umie kochać, przecież robi to po to, aby zatkać mi usta i aby nasz wspólny taniec zależności wrócił do normy. Chce czerpać z mojego źródła i źródła moich dzieci, chce dostać życiodajnej energii miłości.

Droga do wolności to dla mnie odwaga stanięcia z tym, czego doświadczyłam twarzą w twarz i zobaczenie w tym sensu, przytulenie siebie, coś, co robi mądry rodzic swojemu płaczącemu dziecku.

Przypominam sobie moje dzieciństwo, młodość i dorosłość i dociera do mnie, że mama była obecna w każdym kawałku mojego życia.Wybierała mi ubrania. Wybierała mi fryzury. Wybierała mi przyjaciółki. Wybierała mi chłopaków. Wybierała mi szkoły. Wybierała mi zajęcia dodatkowe. Wybierała mi pracę. Wybierała mi męża. I nawet, jeżeli nie było jej fizycznie przy mnie, to, co zostało zasiane w dzieciństwie było tak silne, że trwało przez lata.

Byłam dotkliwie naznaczona wszystkim, co ONA aprobuje i lubi. Byłam naznaczona każdą jej preferencją. Nie pozostawiłam sobie przestrzeni na decyzje na określenie tego, kim jestem i czego chcę. Jako nastolatka umiałam jedynie pokazać przeciwieństwo tego, czego ona chce. Ale to przeciwieństwo nadal nie było mną było zaledwie BUNTEM przeciwko niej. I znowu moje życie kręciło się wokół niej.

Dopiero teraz, po tym jak zaleczyłam siebie widzę jak bardzo była obezna w moim życiu, jak bardzo moje decyzje były podszyte nią. Nawet, jeżeli podejmowałam swoje decyzje to i tak po jakimś czasie sabotowałam je, aby wrócić grzecznie do jej standardów.

Dlatego tak bardzo nienawidziłam, kiedy mówiła mi, że ładnie wyglądam, bo to oznaczało jedno! Córko jesteś ubrana i uczesana według moich standardów!!! A tego nie chciałam najbardziej na świecie.

Czułam względną akceptację do momentu, kiedy wiodłam życie zgodne z jej standardami i przekonaniami. Doskonale pamiętam, kiedy mając 32 lata zaczęłam medytować i chodzić na kursy i warsztaty, które wypuszczały moją świadomość z puszki. Fala jej niezadowolenia wylewała się coraz intensywniej. Jej działania stawały się coraz bardziej widoczne i agresywne. Chciała jednego, usunięcia osób, które według niej stanowiły zagrożenie i mojego powrotu do trybu “grzecznej dziewczynki”. Jednak ja byłam już w takim punkcie, z którego nie chciałam wrócić, byłam juz tak nieszczęśliwa, że dłużej nie mogłam tego ciągnąć, jednocześnie czułam powiew wolności na twarzy.

I tak przez lata nasz taniec się rozluźniał, a ja stawałam się coraz bardziej świadoma i widząca. Przygotowywałam się do tego, aby zacząć żyć samodzielnie, wolna od komentarzy i manipulacji.

Moja relacja miłosna bardzo mi w tym pomogła, wyciągnęła mój ból porzuconego dziecka. Teraz jestem gotowa być wdzięczna za lata spędzone razem i doświadczenia, które doprowadziły mnie do świadomości uzależnienia od mojej mamy i schematów, które stały za każdą moją relacją. To była moja odpowiedzialność, której za nic w świecie nie chciałam wziąć, wolałam być ofiarą, cierpiącą i bezwolną kobietą wykorzystywaną przez życie.

I właśnie moment, w którym zrozumiałam, że chcę tworzyć partnerski związek, pełen miłości i szacunku był dla mnie przełomem, ponieważ była to przestrzeń, w której tak dotychczas bliskie mi osoby mogły podjąć decyzję czy pozostają, czy nasza miłość jest na tyle silna, że chcą rozwijać ją bardziej chcą przerodzić ją w piękną relacje wspólnego zrozumienia, pokazania siebie i swoich ran, na połączenie serc. Wtedy poczułam pustkę i stanęłam sama ze sobą i swoim odwiecznym lękiem przed samotnością twarzą w twarz.

To był mroczny okres mierzenia się ze sobą, upadków i wzlotów i ponownego schodzenia jeszcze niżej w otchłań samotności, aż do symbolicznej śmierci wszystkiego, co dotychczas było dla mnie ważne. Po to, aby odrodzić się i zobaczyć siebie prawdziwą.

Nie wrócę już do szarpaniny, ciągłego proszenia o zmianę i ciągłego czekania na zmianę. Dziękuję za to, co dostałam, jestem wdzięczna. Rozumiem, że więcej nie będzie, że nie będzie sielanki i bezwarunkowej miłości rodzica. To umarło. Teraz to ja daję sobie tą sielankową rodzicielską miłość skrojoną idealnie dla mnie. Jednocześnie akceptuję w sobie to, że idę własną drogą, na której na ten moment nie ma miejsca na opiekę i spotkania z moją mamą. Kocham siebie za miłość i akceptację, jaką ofiarowałam sobie, za zwrócenie swojej duszy wolności, aby mogła pisać i wyrażać swoją mądrość i drogę w materii.

Miniaturka_01
YouTube

Osobowość zależna

Kochani, udało mi się okiełznać techniczne tajniki strony wordpress i zamieszczam dla Was film, który jest dostępny na moim kanale na youtube 🙂

Tym razem podzielę się z Wami informacjami o osobowości zależnej. Znam ją doskonale, ponieważ byłam zależna. Bardzo wiele pracy kosztowało mnie uwolnienie się od schematów osobowości zależnej, które do dziś przypominają o sobie, jednak z zupełnie inną siłą. W filmie dzielę się wiedzą i przykładami z mojego życia, które dla mnie są najlepszą ilustracją problemu. Co Wy na to?

Emocje

Strach

Kolejny raz budzę się o 3 rano, wymęczona i zrezygnowana. Budzi mnie strach. Myślę o tym, co zrobić ze sobą, z moim życiem, jaki jest następny krok. Boję się, bo to, co robię powoduje niezadowolenie u najbliższych osób w mojej rodzinie. A ja zawsze byłam grzeczna, tego mnie nauczono. “Słuchaj starszych” dźwięczy mi w uszach.

Dotykam mojego pierwotnego strachu o przetrwanie. Chcę żyć, ale nie umiem, tego zrobić bez współzależnej relacji, kontroli, huśtawek emocjonalnych i decydowania za mnie. Tak długo żyłam wsłuchiwaniem się w potrzeby innych, że teraz, kiedy udało się, odcięłam się odeszłam, gubię się w swojej wolności. Tracę czas na zastanawianie się, czego chcę, a jeśli podejmę już decyzję, rozmyślam, czy aby na pewno jest ona dobra.

Widzę małą dziewczynkę, która słyszy miliony głosów dookoła siebie, mówiących jej, co ma zrobić, a ona nie wie, kogo posłuchać. Moją dotychczasową strategią radzenia sobie w takiej sytuacji było wzięcie karty kredytowej i pójście na zakupy. Wydawanie pieniędzy powodowało, że świetnie odciągałam siebie od bolesnego tematu, dawałam sobie zastępcze zajęcie. Kupowanie, gromadzenie dawało mi poczucie, że zapełniam swoją pustkę, że mam nad czymś władzę i mogę decydować, dawało upust mojej frustracji. Miałam też inną opcje, sprzątanie. Byłam w tym perfekcyjna. Potrafiłam się tak napracować, że aż mnie wszystko bolało. Potem siadałam patrzyłam na to wysprzątane mieszkanie i myślałam sobie – jest pięknie. I było na zewnątrz.

Zewnętrznie tworzyłam idealną rodzinkę, piękny obrazek. Pamiętam zdziwienie na twarzach, kiedy mówiłam, że mój związek to przeszłość. Tak bardzo dbałam o to, co było widać, tak bardzo trzymałam się tej fasady w nadziei, że uda się, że przykryje to, co w środku na tyle dobrze, że nic nie wypłynie.

Dopiero teraz zauważam, łapię się na tym jak wiele chowam do siebie, jak wiele ukrywałam i nie mówiłam.

Dlaczego?! Bo moje wewnętrzne dziecko się bało, bo widziało przed sobą swoją przerysowaną mamę, ogromną i groźną, która była kategoryczna i surowa i taki model przełożyłam na swojego partnera. Dlatego milczałam, nie mówiłam o swoich potrzebach, kiedy wiedziałam, że nie spotkają się z aprobatą. Nauczona w dzieciństwie wsłuchiwania się w matczyne nastroje, doskonale wyczuwam, kiedy moje zachowanie wyrzuca kogoś ze strefy komfortu. Tak bardzo bałam się konfrontacji, spojrzenia w “groźne” oczy i usłyszenia “nie”. Nie potrafiłam też negocjować, najczęściej po usłyszeniu “nie” odpuszczałam sobie, chowałam się do wnętrza i tam po cichu i grzecznie żaliłam się nad sobą. Grałam ofiarę, odwracałam się od swojej siły, byłam dzieckiem, które jest bezwolne i poddane rodzicowi.

Taka postawa była też dla mnie wygodna, nie musiałam nic robić, nic z siebie dawać. Nie zmuszałam się do wykrzyczenia prawdy, powiedzenia swoich poglądów. Nie zmuszałam się do podejmowania własnych decyzji i własnych wyborów, za które musiałabym później wziąć odpowiedzialność. Wolałam oddać odpowiedzialność innym ludziom, a później mogłam usiąść i się żalić nad sobą i tym jak mam źle.

Mój strach panowała nade mną większość mojego życia, nie umiałam się bronić, stanąć za sobą, kochać siebie i dbać. A wymagałam tego od mojego partnera.

Wymagałam, ale czego?! Nigdy nie rozmawiałam z nim o tym jak ma wyglądać -miłość, opieka, troska, związek. Byliśmy dwójką dzieci bawiących się w rodzinę, każde miało jakiś pomysł na to jak ją tworzyć, ale nie potrafiliśmy rzeczowo negocjować. Potrafiliśmy się obrażać i dąsać i wycofywać do wnętrza, separować. Wszystko niedopowiedziane, zawoalowane i w domyśle. Tak bardzo nie chciałam wziąć odpowiedzialności za siebie, tak bardzo nie chciałam zapytać siebie, czego tak naprawdę chcę w życiu i konsekwentnie dążyć do tego. Chce mi się wyć i krzyczeć, tak bardzo siebie raniłam. JUŻ DOŚĆ!!!!

Rozumiem teraz, dlaczego kiedyś nie patrzyłam na siebie w lustrze, dlaczego nie lubiłam tego widoku. Tak bardzo nie dbałam o siebie, tak bardzo traktowałam siebie, jak moja mama traktowała mnie i siebie również. Tak bardzo drenowałam się z miłości i energii, odbierałam sobie moje Qi i dawałam innym. Błogosławię ten dzień, kiedy powiedziałam NIE i zaczęłam zmiany.